wtorek, 7 sierpnia 2012

Bali


O godzinie 12.15 wyruszyliśmy autokarem w podróż na wyspę Bali. Do Denpasar powinniśmy dotrzeć o godzinie 12.oo w południe dnia następnego.

powitanie
W cenie biletu były cztery posiłki spożywane na postojach, w specjalnych restauracjach rozmieszczonych wzdłuż całej wyspy Jawa pn."Servis Bus Express".Już na wstępie wręczono nam vouchery na te posiłki. Niezależnie od tego, dokarmiano nas również w autobusie. Gdy tylko się usadowiliśmy na przydzielonych miejscach, rozdano nam po pączku z dziurką i po dwa oryginalnie zamknięte kubki wody mineralnej. Pełen wypas! Wszystkie bus servis były w takim samym stylu, jak to zawsze bywa w sieciowych lokalach - wielka zadaszona hala bez ścian i drzwi z wieloma stolikami dla konsumentów. Wzdłuż jednej ściany długie stoły, na których stały różne potrawy, część z nich w ogromnych garach na podgrzewaczach, część na zimno. Były też różne napoje i desery. Na wstępie pani odrywała każdemu z vouchera jeden kwit w odpowiednim kolorze, a następnie braliśmy talerze i każdy idąc wzdłuż tej długiej lady, nakładał sobie co chciał w dowolnej ilości. Gdy zapomniałam zabrać swojego napoju, boy z czarującym uśmiechem doniósł mi szklankę do stolika, więc zapytałam go, w jakiej jesteśmy miejscowości. Gdy nie zrozumiałam, napisał na serwetce, że to jest Waleri w stanie Kendal.

na takim łańcuchu?!
Wszyscy byli dla mnie nadzwyczaj uprzejmi i pomocni. Wskazywali gdzie powinnam z voucherem podejść, który kolor talonu podać, gdzie są sztućce itp.W bus servis korzystało się również z łazienki oraz można było kupić sobie napoje, owoce lub pamiątki w małych sklepikach usytuowanych tuż obok. Ja nic nie kupowałam i to nie z chytrości, ale dlatego, że miałam w autobusie 1,5 l wody, a posiłki serwowane po drodze w zupełności mi wystarczały. Pamiątek z reguły nie kupuję, bo oszczędzam miejsce w plecaku. Wolę jakieś mapki, informatory, a na pamiątkę mam przecież zdjęcia. Sama jazda była bardzo wygodna, lotnicze fotele były rozkładane, każdy miał specjalny podnóżek, żeby nogi wygodnie lażały i nie puchły w czasie długiej jazdy. Pamiętam swoją podróż autokarem z Warszawy do Londynu - to był koszmar! a tutaj proszę! pełen komfort. Zajmowałam oba miejsca, więc mogłam sobie w jeszcze wygodniejszej pozycji ucinać drzemkę co jakiś czas. Każdy pasażer dostał jasiek i kocyk do przykrycia się, ponieważ w autobusie cały czas działała klimatyzacja. Okna w autobusie były panoramiczne. Z ciekawością oglądałam mijane wsie i miasteczka, które były bardzo kolorowe, bardzo czyste i bardzo zielone. Indonezja jest po prostu piękna!
Całą noc solidnie spałam, tak że na śniadanie współpasażerowie musieli mnie budzić.  Gdy jeszcze do łazienki chciałam pójść się umyć, poprosiłam jedną kobietę, aby w razie co, poprosiła kierowców, żeby na mnie zaczekali. Odpowiedziała, że beze mnie napewno nie odjadą, wszyscy zawsze sprawdzają czy ja jestem w autobusie i dopiero jadą. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że jestem pod taką opieką i każdy mój ruch obserwowany jest, ale jest to kontrola z sympatii i troski o mnie. Byłam w tym autobusie jedyną obcokrajową pasażerką. Potem to już straciłam rachubę czasu i miejsca, nie wiedziałam czy jesteśmy jeszcze na Jawie? (czy we śnie?) czy już na Bali? nie chciałam przespać chwili, gdy będziemy na prom wjeżdżać, ale godzina była już taka, że na Bali powinnyśmy być. Zagadałam więc młodego Indonezyjczyka. Oni wszyscy tu od dziecka znają język angielski i chociaż ja mniej - dogadaliśmy się. Okazało się, że mamy solidne opóźnienie i jesteśmy jeszcze na Jawie. Jechało z nami dwóch kierowców na zmianę i jechali bardzo szybko. Moim zdaniem za szybko, jak na te indonezyjskie drogi, mimo to mieliśmy opóźnienie. Pomyślałam sobie, że może w nocy gdzieś staliśmy na postoju, żeby kierowcy się wyspali? a ja spałam i nie widziałam tego? no bo skąd takie opóźnienie przy takiej szaleńczej jeździe? Trochę się niepokoiłam, bo jak do Denpasar zajedziemy po ciemku, to jak ja hotel znajdę? Mój niepokój był uzasadniony.

parasale typowe dla Bali
Zamiast na godzinę 12.oo w południe - w Denpasar zameldowaliśmy się o godzinie 22.oo!!!! no i oczywiście akurat przespałam ten moment i chyba dość długo panowie mnie budzili, aż w końcu dotarły do mnie słowa....madam, we are in Denpasar. Podziękowałam, wzięłam plecak i wysiadłam. Nikogo z pasażerów już nie było. Moja walizka stała na chodniku. Chyba długo mnie budzili - powinni mną potrząsnąć jak należy, to bym zaraz oprzytomniała, ale oni bali się mnie ruszyć i tylko przemawiali do mnie uprzejmie. Ale kompromitacja! Autobus odjechał do zajezdni, a ja zostałam sama w ciemności. No to masz problem Małecka, pomyslałam sobie. Gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, rozejrzałam się i zobaczyłam security przed sąsiednim budynkiem. Podeszłam pogadać i okazało się, że świat nie torba, wszędzie gdzie są ludzie można uzyskać pomoc i potrzebne informacje. Pan skierował mnie do pobliskiego hotelu "Mahajaya Tower", dosłownie 200m za dworcem autobusowym. Wtargałam plecak i walizkę po stromych schodach na górę, do recepcji, wychodząc z założenia, że nawet gdy nie będzie tutaj wolnych miejsc lub nocleg będzie za drogi i tak zostawię tu na noc walizkę, a z plecakiem pójdę szukać innego hotelu i następnego dnia wrócę po walizkę.
Ale były wolne pokoje, bo przecież koniec sierpnia był, law sezon  na Bali. Ze 140.000 rupii pan zszedł do 120.000 i zawiesił się. Ani grosza nie dało się już wytargować, a ja miałam przy sobie jedynie 116.000 rupii.
Tommorow go to bank and to pay, ok? zapytałam, a pan na to, że tommorow is holliday i bank is clossed. Znowu weekend? zdziwiłam się. Nie wiem, jak to się dzieje, ale każda moja zmiana hotelu lub podróż, na weekend przypada, chociaż za każdym razem powtarzam sobie, że to już ostatni raz pozwalam sobie na taką lekkomyślność. Nic wówczas załatwić nie można w krajach azjatyckich. Ale za każdym razem sytuacja się powtarza i okazuje się, że znowu is holliday! w końcu dogadaliśmy się, że jutro, wyjmę pieniądze z ATM i mu dopłacę. Nic mi w tej chwili nie było tak potrzebne, jak zimny prysznic i wygodne łóżko! oprzytomniałam w łazience, gdzie okazało się, że żadnego prysznica nie będzie, bo to przecież indonezyjskie łazienki są, czyli kafelkowy cebrzyk i plastikowy kubełeczek do polewania się wodą. Najważniejsze jednak jest to, że mogłam się umyć, schłodzić zimną wodą i wyspać w pozycji leżącej.

dla pieszych brakuje czasem miejsca na chodniku
Następnego dnia dopłaciłam panu za pokój i zapłaciłam za następną noc, ponieważ ogladając ulice miasta w poszukiwaniu ATM, stwierdziłam, że półtora dnia na zwiedzanie Denpasar w zupełności mi wystarczy. 120.000 rupii indonezyjskich to trochę ponad 40 złotych jest, ale z solidnym śniadaniem i blisko bus station, skąd chcę jechać do innego miasta na wyspie. Śniadania nie były takie, jak w hostelach, typu tosty plus dżem i kawa, ale solidne jedzonko, jak na obiad, tj. ryż z mięsem i warzywami, jajka na twardo, bułeczki no i tosty z dżemem również oraz kawa i herbata. Pokój w miarę czysty z dostępem do kontaktu elektrycznego, co umożliwia naładowanie całego sprzętu elektronicznego i zrobienie sobie kawy, bo kawę tutaj podają okropną! To co ja będę czas na szukanie innego hotelu traciła. W Denpasar na Bali podobnie, jak w Jakarcie na Jawie, ścisk i hałas straszny. Motorów i skuterów jeszcze więcej, niż na wyspach tajlandzkich, a tam myślałam, że gorzej już być nie może. Z początku myślałam, że to jakiś rajd motocyklowy, ale to codzienność azjatycka, niestety. No i mnóstwo samochodów. Zanieczyszczenie powietrza alarmujące, że powinno się maski na twarz zakładać wychodząc na ulice miasta. Ale obejrzałam Denpasar, chociaż  raczej z obowiązku, skoro już tu się znalazłam, po czym zastanawiałam się, gdzie najpierw jechać - do Ubud w głąb wyspy, czy do Sanur nad morze.

dzieci z kolbami kukurydzy
Oba miasta są dla turysty atrakcyjne. W końcu pozostawiłam sprawę losowi. Do którego z tych miast będzie szybciej autobus, tam pojadę. Bus station przy którym mieszkałam był dla autobusów dalekobieżnych. Przemieszczanie się do miasteczek na wyspie Bali było możliwe blue busami, odchodzącymi z innego dworca autobusowego, na tyle oddalonego, że zamówiłam sobie pod hotel "bemo", taki rodzaj rikszy? tuk-tuka? i pojechałam. Na dworcu blue busów, znowu jazgot właścicieli różnych firm przewozowych, jak w Jakarcie! Dwóch jazgotało do mnie jednocześnie, pokazując na ten sam blue bus. To który z was tym jedzie? oba? pytałam zdezorientowana. Z właścicielem chcę mówić, z jednym i spokojnie, ok? postawiłam warunki. Został jeden i zaczęliśmy się targować. Do Sanur chcę jechać. Do Sanur 70.000 rupii mówi on. To za dużo, do Sanur nie jest daleko, mówię ja, jakbym miała pojęcie gdzie to jest. To 60.000, mówi on. To też za dużo, mówię ja i odchodzę. Facet łapie mnie za plecak i spuszcza z tonu - 55.000, pisze pisakiem na wewnętrznej stronie swojej dłoni, to ja biorę pisak i na swojej piszę 40.000, na co on kiwa głową i na swojej dłoni przerabia na 50.000, ja pokazuję swoją powtórnie, on, że już niżej z 50 tys.zejść nie może, ja na to, że ok, ale gdy w ramach tych 50.000 będzie ze mną szukał taniego i czystego hotelu w Sanur. You look cheap and clean hotel for me, ok? - ok! no to piątka! transakcja została zakończona. Wziął moje bagaże i poszliśmy, wymijając po drodze cały sznur błękitnych pojazdów, oczekujących na klientów. Nie okłamał mnie. Cierpliwie jeździł ze mną po Sanur i szukał odpowiedniego hotelu. Dyskutował i targował się w moim imieniu, a w swoim języku i w końcu zdecydowaliśmy się na Home Stay za 110.000 rupii, co naprawdę jest tanio, biorąc pod uwagę, że Sanur, to mocno turystyczna miejscowość, znany i polecany kurort na Bali, więc wszystko jest tu z gruntu droższe, niż w Denpasar i innych miejscowościach w głębi wyspy.

Hotel "Home Stay"
No więc w Sanur zamieszkałam w hotelu " Pandok Santhi Home Stay Penginapan" na Jalan Hangtuah 39, który od ulicy wyglądał koszmarnie, ponieważ nie miał przedniej ściany, lecz od razu wchodziło się do recepcji-sklepu-informacji turystycznej i nie wiadomo czego tam jeszcze, w jednym. Samo wejście było skutecznie zasłonięte różnymi towarami, ciuchami, reklamami, zastawione lodówkami z zimnymi napojami, stojakami z kartkami pocztowymi, mapami, no po prostu koszmar. Ale pani była miła i warunki w hotelu o niebo lepsze, niż np. w Dioda Hostel w Jakarcie. Na miejscu był też kantor wymiany walut i "Laundry", gdzie można było oddać swoje rzeczy do prania.  No po prostu wszystko było w tym Home Stay.

moje okno na górze w Home Stay
Pokój był czysty, przestronny z moskitierą, wentylatorem u sufitu i kontaktami elektrycznymi. Miałam też swoją własną łazienkę , typu europejskiego, z normalną umywalką i prysznicem. Super. Po dwóch dniach, dopłaciłam i zostałam tutaj dłużej. Była to moja baza, skąd zwiedzałam pobliskie miejscowości, Ubud i Kuta również. Samo Sanur jest piękne. Plaża przepiękna! właśnie ze względu na nią zostałam tutaj dosyć długi czas. Po gwarnej i zatłoczonej Jakarcie i Denpasarze, takie pławienie się w przejrzystej wodzie i wylegiwanie się w ciszy na żółtym piasku, to dopiero przyjemność! nawet chodząc po mieście ciągle miałam rozrywkę, bo natrafiałam na jakieś barwne korowody Buddystów lub zgromadzenia innych wyznawców no i oczywiście uczestniczyłam w słynnym pogrzebie z paleniem zwłok na stosie włącznie.

plaża w Sanur
Taka zachwycona biegałam po uliczkach i plażach Sanur, że o bożym świecie zapomniałam, a przecież powinnam wybrać pieniądze z bankomatu, bo znowu mnie holliday zaskoczy i będę miała problem. Upatrzyłam sympatycznego młodego człowieka i podeszliśmy do ATM wybrać pieniądze. Bankomat nie dał mi za pierwszym razem pieniędzy tylko jakiś kwit wyrzucił i oddał mi kartę. Pan mi coś tłumaczył, ale mało co z tego rozumiałam, bo byłam bardzo zmartwiona sytuacją. Za drugim razem bankomat pieniądze nam dał, a pan widząc moje zmartwienie, dał mi swoją wizytówkę, na wypadek, gdy stwierdzę, że bankomat dwa razy mi ściągnął z konta pieniądze lub coś innego na moją niekorzyść zrobił, to żebym się z nim przez e-maila skontaktowała, to się umówimy i razem przyjdziemy do banku wyjaśnić sprawę, więc nie mam się już martwić, bo tak, czy owak, sprawa jest do rozwiązania. Byłam zaskoczona uprzejmością tego Balijczyka. Że też wogóle mu się chciało poświęcać mi tyle czasu i jeszcze w razie co, świadczyć na moją korzyść w banku? Bardzo mu podziękowałam i naprawdę byłam bardzo zaskoczona tą sytuacją. Następnego dnia Marcin doniósł mi, że na moim koncie bankowym jest wszystko w porządku, podał mi daty i pobrane kwoty i wszystko było ok! ale wrażenie pozostało. Często zaskakuje mnie podłość ludzka, ale żeby tak zaskoczyła mnie ludzka uprzejmość, to się po prostu nie zdarza. A na Bali i owszem, zdarzało się, nie raz.

deptak nad morzem w Sanur
W sprawie swojego konta zawsze przez internet porozumiewałam się z Marcinem w Warszawie i on to wszystko kontrolował, ponieważ mimo, że miałam z sobą swój laptop, to dostęp do internetu miałam jedynie w kawiarenkach internetowych, a nie chciałam w tej części świata, na obcych komputerach otwierać swojego konta bankowego. Za dużo tu hakerów się zadomowiło. Pocztą mailową bardzo szybko miałam odpowiedzi na swoje pytania i wątpliwości, a Marcin panował nad całością. W Cafe internet liczą sobie dosyć drogo, 4.000 rupii za 10 minut. Biorąc pod uwagę, że internet chodzi tu wolno, jak wół wokół kieratu, to 10 minut mijało nim ja się wogóle ze swoją pocztą połączyłam. Ale potem znalazłam tańszy dostęp do internetu, za 1.500 rupii i działał szybciej. Dobrze, że wogóle był, bo kontaktowanie się komórką z tej części świata, kosztowałoby mnie majątek.
Przez kilka pierwszych dni w danym kraju, zawsze mam kłopoty z miejscowymi pieniędzmi. W Indonezji te rupie mnie przerażały, że takie bezwartościowe są. Nie sposób się połapać. Trzymam w ręku 6 banknotów po1.000 rupii każdy i nic w zasadzie za to kupić nie mogę. Ani śniadania, ani owoców, ani soku. Co to za pieniądze są! Otóż na 1 dolar amerykański trzeba było mieć 9.600 do 10.000 rupii! garściami się za wszystko płaciło, a na dodatek banknoty w Indonezji są tak brudne, że nie wiadomo, jak je w rękę wziąć i doczytać się, jaką wartość mają. Widać tutejsi też nie szanują takich pieniędzy. Czemu tego nie zdenominują?

na plaży zawsze są ludzie
Często jadłam posiłki przy tutejszych warungach na ulicy lub na deptaku przy plaży. Najczęściej był to mix z kurczaka oraz różne warzywa. Mix z kurczaka wyglądał tak, że na liściu bananowca ułożono dwa, trzy patyki, na których nadziane były kawałki kurczaka. Jedne nadziane były na okrągły patyk, drugie na płaski patyk. Każdy z tych patyków był inaczej doprawiony i stąd ten mix. Ale zawsze był to kurczak na patyku. Mozna też było zjeść ryż z trzema plasterkami kurczaka i bardzo ostrym sosem curry, albo omlet. Omlet po balijsku to był słony naleśnik nadziany ostrą cebulą i czymś zielonym, ale nie był to ani szczaw, ani szpinak. W warungach serwowali też różne sałatki owocowe z papai, arbuza, anansa i banana, doprawionymi limonką, oraz świeżo wyciskane na oczach klienta soki z owoców. Mój ulubiony sok to pinapple. Jedzenie w Indonezji było w porządku. I przy warungach i w kafejkach nadmorskich.

widok na morze w czasie spożywania lunchu
Teraz jadę położyć się pod czołg na Rondzie Wiatraczna.
cdn.
Wróciłam, to dopiszę trochę o samej wyspie Bali.
Podobno kiedyś, bardzo dawno temu, Bali nie była osobną wyspą, lecz stanowiła jedną całość z Jawą. Cieśnina, która teraz dzieli Jawę od Bali ma niecałe 3 km i jest stosunkowo płytka. Przed ostatnim zlodowaceniem, zarówno Bali i Jawa, jak również Borneo i Sumatra, połączone były z kontynentem azjatyckim, a Nowa Gwinea z Australią. Ale teraz mamy, jak mamy, chociaż w przyrodzie wszystko cały czas się zmienia, czego my nie zauważamy gołym okiem, bo nasze życie za krótko trwa, abyśmy takie zmiany zauważali. Przyroda, w odróżnieniu od człowieka-trwa wiecznie, chociaż ostatnio zaczynam wątpić czy będzie w stanie przetrwać eksploatację i  wandalizm ludzi.

kolorowe powozy konne uczestniczące w korowodzie
Na Bali główną religią jest buddyzm i hinduizm w odróżnieniu od Jawy, gdzie głównie mieszkają muzułmanie. Hinduizm zmieszał się z buddyzmem na Bali, ale niestety, w społeczeństwie nadal panuje system kastowy. Bali, jak wiele państw azjatyckich, nie uchroniło się przed kolonializmem. Najpierw zaczęli tam swoje królestwa tworzyć Hindusi, a następnie wyspą zainteresowali się Holendrzy, którzy penetrowali ją już w roku 1597. W 1799r rząd holenderski oficjalnie tworzy tam swoją kolonię, a w 1846r przybywa na Bali pierwsza holenderska ekspedycja wojskowa. Holendrzy zasłużyli się dla Bali jedynie w tym, że zakazali niewolnictwa i palenia wdów na stosie, ale szkód, jakich balijczycy doznali od kolonizatorów było więcej i były one bardziej okrutne.

okrętujemy się na łajbę, aby popłynąć na sąsiednią wyspę
 Wogóle Bali bywała często narażona na różne nieszczęścia, kataklizmy, wojny domowe i wojny z obcymi, jak np: Holendrzy w 1906r zaatakowali pałac Radży, który zginął wraz z rodziną, a inni popełnili zbiorowe samobójstwo (puputan), w 1917r ogromne trzęsienie ziemi spustoszyło wyspę, zniszczyło wiele wsi i świątyń. W 1942r nastąpiła inwazja Japończyków na Indonezję, która zakończyła się dopiero po kapitulacji Japonii w sierpniu 1945r, w związku z zrzuceniem przez Amerykanów dwóch bomb atomowych na Hiroszimę i Nagassaki. Japończycy znani byli ze swego okrucieństwa, równie brutalni byli w stosunku do Balijczyków, których podejrzewali o współpracę z Holendrami, dlatego nikt nie współczuł Japończykom, uznając że spotkała ich ze strony Amerykanów zasłużona kara. Po II wojnie światowej Sukarno, indonezyjski przywódca polityczny, ogłasza w końcu niepodległość państwa, ale zostaje bezpardonowo odsunięty od władzy przez powracających na wyspy indonezyjskie Holendrów, którzy idą tu, jak po swoje i ustanawiają Państwo Wschodniej Indonezji, w którego skład wchodzi również wyspa Bali. Od tej pory trwają tu ciągle walki partyzanckie (wybijał się tu charyzmatyczny bojownik i męczennik I Gusti Ngurah Rai, tworząc Ludowe Siły Bezpieczeństwa), ale dopiero w 1949r Holendrzy uznali niepodległość Indonezji.

z widokiem na morze
W 1963 r wybucha największy wulkan Gunung Agung, pozbawiając życia tysiące Balijczyków. W 1965r ok.200 tysięcy ludzi ginie na Bali, a prawie pół miliona wogóle w Indonezji  podczas próby przejęcia władzy przez komunistów. Indonezyjczycy, jak już się dobrali do strzelb i noży, to walili na oślep, załatwiając przy okazji swoje porachunki nie tylko z wrogami narodu, ale i z sąsiadami. Mordowano się nawzajem, całe wsie znikały z powierzchni ziemi, a krwawy i bezwzględny generał Sarwo Edhy miał ponoć powiedzieć takie słowa: "Na Jawie musieliśmy ich zachęcać do zabijania komunistów, na Bali trzeba ich było powstrzymywać". Tacy byli napaleni na walkę Ci Balijczycy. 12 października 2002r muzułmańscy terroryści z Jawy rzucają bomby na dwa  nocne kluby  w turystycznej miejscowości Kuta, zabijając prawie 200 ludzi, w tym również, a może głównie cudzoziemców. Wśród cudzoziemców najwięcej było Australijczyków, bo mają oni najbliżej na Bali. W 2005r zamachy bombowe się powtórzyły, chociaż już na mniejszą skalę, jednak turystyka na Bali się załamała.  

widok na łódki w zatoce
Architektura na Bali ma ścisły związek z religią. Projektując domy, nie tylko mieszkalne, czy świątynie, zawsze mają na uwadze koncepcję, zwaną Triloka, czyli trzy światy:
1)sfera górna - głowa czyli dach, niebo
2)sfera środkowa - tułów, czyli strefa mieszkalna, ziemia,
3)sfera dolna - dolna część ciała, czyli fundamenty, kraina cieni
Poza tym budynki zawsze stawiano tam przodem w kierunku gór, wulkanów. Według wierzeń hinduistyczno-buddyjskich w środku wszechświata znajduje się góra Meru, która jest domem bogów. Świętość przestrzeni ma do dnia dzisiejszego duże znaczenie w architekturze. Góry miały dla Indonezyjczyków większe znaczenie, jak morze. Niektóre świątynie budowano wysoko w górach, a potem z pełnym poświęceniem wnoszono tam dary po stromych, niewygodnych ścieżkach. Balijskie świątynie (pura), mają przestronne pomieszczenia, ale zbudowane są z nietrwałych materiałów - drewna lub cegły, a kryte są suszoną trawą. Z tego względu wymagają ciągle napraw. Charakterystyczne dla balijskich świątyń są strzeliste, rozszczepione bramy, symbolizujące materialne pęknięcie świata, przez które wchodzi się do królestwa duchów.

Candi Bentar - rozszczepiona brama
Na teren świątyni nie można wchodzić z odkrytymi ramionami, plecami, ani w szortach czy mini spódniczkach. Należy być stosownie ubranym, a jak nie ma się takiego ubrania, no bo przecież w taki upał Europejczycy chodzą ubrani szczątkowo i niechlujnie, to na miejscu można wypożyczyć sarong i okryć sobie wszystko tak, aby nie narażać się tutejszym ludziom. Na wewnętrznym terenie świątyni stoi zazwyczaj kilka pawilonów (bale) i pagód. Świątynie na Bali nie są używane tak na codzień, jak buddyjskie świątynie w Sri Lance. Balijczycy przychodzą do swoich świątyń jedynie w święta. Przynoszą wówczas kwiaty i materiały, którymi opatulają różnych bożków. Dary z jedzenia i kwiatów noszą na plażę. W Sri Lance właśnie dary nosili na teren świątyń, jak również nagminnie odwiedzali swoje buddyjskie świątynie w celach towarzyskich, no ale w Sri Lance innych miejsc na spotkania nie było. Tylko plaża lub teren świątyni. W interiorze, to już tylko świątynie buddyjskie im zostawały do dyspozycji. W Indonezji natomiast jest mnóstwo różnych ciekawych miejsc, kafejek ogrodowych, parków itp, gdzie ludzie mogą się spotykać.
praca na roli
Chociaż wieś nie różni się od innych wsi azjatyckich. Dalej jest tam biednie. Ludzie pracują rękami, motykami i sierpem, a zbiory noszą na plecach. Od najwcześniejszych czasów na Bali uprawiano ryż i dalej są to podstawowe uprawy rolne. Rolnicy integrują się, budują wspólne systemy nawadniania pól, żeby chociaż w taki sposób zmniejszyć koszty, a zwiększyć zyski z uprawy. Na wyspie uprawia się również winogrona i cynamon, drzewa bananowe, mango, kakaowce oraz kawę. Jedne tereny są na Bali mało urodzajne, ale inne wręcz przeciwnie.
życie codzienne toczy się na terenach świątynnych
Uprawia się tutaj wiele warzyw i owoców, również truskawki! Ale Indonezja to ogromny kraj i na poszczególnych wyspach panują inne warunki do uprawy. Dlatego też rolnictwo jest tam zróżnicowane. Ryż jednak był zawsze podstawą upraw rolnych i to on pozwalał przetrwać ludziom w trudnych czasach. Ryż uprawiany jest przez cały rok, to on wyznacza rytm życia na wsi i z nim związane są różne wierzenia i uroczystości religijne. Dlatego też dary, jakie komponuje się różnym bożkom hinduskim i buddyjskim, jako podstawowy składnik, zawierają ryż. Zawsze.

w towarzystwie studentów z Jakarty
                             
Studenci z Jakarty przyjechali na Bali również w celach turystycznych, podobnie, jak ja. Wśród studentów byli muzułmanie, ale nie tylko. Młodzi ludzie przyjaźnią się bez względu na pochodzenie czy religię. Ale faktem jest, że wyspa Jawa w większości jest muzumańska, a Bali buddyjskie.
















niedziela, 5 sierpnia 2012

Indonezja


Tak w piątek i sobotę te sprawy na mieście załatwiałam, że nie zdążyłam nawet wejść do sklepu z żywnością, żeby sobie coś do jedzenia kupić na weekend. Nie zdążyłam też na spotkanie z czołgiem na Rondo Wiatraczna jechać, chociaż do godziny 12.oo urzędują tam nawet w sobotę. W sobotę pod wieczór zrobiłam przynajmniej porządek w lodówce i okazało się, że do poniedziałku z głodu nie umrę. Dzisiaj na śniadanie na przykład, udało mi się skompletować takie jedzonko: pomidory z cebulką, ser owczy z zielonymi winogronami i dwa smażone jajka na masełku beztłuszczowym typu light, a do tego bułeczka z oliwkami kupiona w piątek rano, w drodze do pracy. Na obiad ugotowałam na parze takie drożdżowe pampuchy znalezione znienacka w lodówce, którym termin ważności jeszcze nie minął i polałam je sosem z jagodami. Palce lizać! no i bez mięsa i kiełbasy się obeszło. Kolacji nie jadam z natury. Daje mi to nadzieję na postęp w pozbyciu się zbędnych kilogramów, chociaż jak wiemy, nadzieja płonną jest, żeby nie powiedzieć, że matką głupich również.  Czym mniej jem, tym bardziej tyję. Wszystko u mnie na odwrót się dzieje. Po basenie, jak również po wyczerpującej jeździe rowerem przybywa mi z reguły 400, 500 dkg. Mówią, że w basenie nasiąkam wodą i dlatego zwiększam wagę. Na rowerze intensywnie wody się pozbywam, a też zwiększam wagę, no to jak to właściwie jest? No ale postanowiłam za bardzo się nie przejmować tą swoją wagą, w myśl zasady - jak nie możesz sobie z czymś poradzić, to się z tym pogódź.

                                        dojazd do centrum Jakarty

Ale o Indonezji miało być. Zaczęło się od spotkania z sympatycznymi Indonezyjkami na targach turystycznych, które co roku odbywają się w Warszawie w budynku Expo XXI na ul.Bema, a czasami na ul.Marsa. W tym roku, po raz pierwszy będą się one odbywały na Stadionie Narodowym!! Nigdy nie opuszczam takiej okazji i chodzę do pawilonów targowych każdego dnia ich trwania. No więc spotkałam przesympatyczne Indonezyjki i jedna z nich mówiła po polsku, bo u nas studiowała, a na targach sobie dorabiała.Tak sugestywnie zachwalały swój kraj, ze postanowiłam odwiedzić Indonezję, gdy znajdę się już po tamtej stronie kuli ziemskiej. Tak też zrobiłam, ale czuję wielki niedosyt związany z Indonezją. Generalnie poświęciłam jej najmniej czasu, podczas gdy w mniejszych krajach przebywałam dłużej. Spieszyłam się już do domu i nie mogłam tak, jak w pozostałych krajach, zupełnie na luzie, poświęcać na zwiedzanie tyle czasu, ile mi potrzeba, żeby czuć pełną satysfakcję. Mam swój rytm w zwiedzaniu nowych miejsc. W Indonezji ten rytm zatraciłam, ale to tylko powód, aby do Indonezji wrócić jeszcze (jak znowu znajdę się po tamtej stronie globu) i spokojnie przemieszczać się z wyspy na wyspę, smakując samą podróż.

                                   słynna ulica backpackersów - Jalan Jaksa

Ale zacznę od początku. Do Jakarty przyleciałam z Singapuru linią lotniczą Qataru. Miałam farta, bo Remik poznany w Singapurze (Polak mieszkający na stałe w Sidney, wracający właśnie do domu po rocznej podróży dookoła świata) pomógł mi w załatwianiu ostatnich spraw, tj.wybraniu pieniędzy z bankomatu, wymianie części z nich na dolary amerykańskie, bo w takiej walucie trzeba zapłacić za wizę indonezyjską, spakowaniu się i zaniesienia bagaży do Metra, którym dojeżdża się na samo lotnisko. Bardzo się wzruszyłam, że otoczył mnie taką opieką, a na koniec, żegnając się ze mną na stacji Metra, podarował mi małego, pluszowego, australijskiego misia koalę na szczęście. Powiedziałam mu, ze miałam już szczęście, że jego poznałam i bardzo mu podziękowałam. Będąc w Singapurze, zaraz pierwszego dnia poznałam Remika i Federice Marcheze, Włoszkę polskiego pochodzenia i jej chłopaka, Daniele. I tak już się prowadzaliśmy po tym Singapurze we czwórkę. Włosi po kilku dniach pojechali dalej (Federica właśnie skończyła studia fotograficzne i przed podejęciem stałej pracy w mediach, zrobiła sobie przerwę na podróż po świecie, a Daniele z nią, żeby tak atrakcyjnej narzeczonej nie puszczać samej w świat), a my z Remikiem zostaliśmy jeszcze parę dni. Teraz ja odlatywałam do Indonezji, a Remik następnego dnia do Australii. (do dzisiejszego dnia, wszyscy czworo utrzymujemy z sobą kontakt mailowy).

                                 Federica, Remik i ja przed sklepem Prado w Singapurze

No więc sama znalazłam się w Jakarcie i musiałam sobie radzić w tym islamskim świecie. Przy stanowisku Imigration na lotnisku wyrobiłam wizę za 25 $ i byłam dobrej myśli, bo urzędnicy byli dla mnie bardzo mili. Mieli tego dnia dobre humory, więc żartowaliśmy sobie w języku angielskim, czego skutki mogły być różne, birąc pod uwagę, że szczątkowo znam ten język. Wyjaśnili, ile powinnam na początek wybrać ich pieniędzy z bankomatu, bo ceny u nich są w tysiącach rupii! i powiedzieli, jakim autobusem dojadę do centrum miasta. W informacji turystycznej otrzymałam mapki miasta i informator oraz wskazali mi miejsce postoju białych autobusów o nazwie Damri Gambir, które dowiozą mnie w pobliże ulicy Jalan Jaksa. Bardzo mnie to wszystko podniosło na duchu, no bo w porównaniu z Kolombo, to niebo, a ziemia! wszystko można na lotnisku załatwić, paszport, wymianę pieniędzy, można coś zjeść i napić się kawy, otrzymać niezbędne informacje i jeszcze dojechać specjalnym luksusowym autobusem, rozwożącym pasażerów z lotniska do centrum miasta. Kto przeczyta moją książkę "Łza Na Oceanie - Sri Lanka", to będzie wiedział, o czym mówię. Już polubiłam ten kraj!

                                     Hostel Djody na Jalan Jaksa 27

Trochę byłam skołowana tymi tysiącami rupii i nie wiedziałam, czy 65.000 rupii to dużo za nocleg, czy bardzo tanio. Z pewnością nie wzięłabym tego pokoju i chodziłabym dalej po ciemku, po tej turystycznej ulicy, ale pomyślałam sobie, że skoro ceny wywieszone są na tablicy, to znaczy, że nikt tu nie mataczy i nie wymyśla cen pod wygląd klienta, jak w Sri Lance, tylko są one z góry ustalone. Takie rozwiązanie bardziej mi odpowiada i jest bardziej wiarygodne. Po drugie, jest to hostel polecany przez znanego naszego niskobudżetowego podróżnika Remigiusza Mielcarka, który napisał przewodnik o Indonezji. Skoro on tu nocował, to i ja wytrzymam. W końcu doliczyłam się, że 65.000 rupii, to niecałe 20,00 zł polskie, więc bardzo tanio, ale miałam świadomość, że nie należy spodziewać się komfortu w takim miejscu. Zapłaciłam za dwie noce i dobrze zrobiłam, ponieważ następnego dnia postanowiłam znaleźć przyjemniejsze miejsce. Wytrzymuję bardzo surowe warunki życia na wyjeździe, bo głównie chodzi o to, aby gdziekolwiek głowę przyłożyć na nocleg, zaoszczędzić pieniądze i zwiedzać atrakcyjne miejsca, ale pewne minimum przyzwoitości musi być zachowane.

                                       patio w hostelu Djody

Wejście do hostelu od ulicy skromne, ponieważ dopiero na tyłach są właściwe budynki, a raczej baraki hostelu, zabudowane w czworobok. Z tego patio z naturalnym swiatłem w suficie, wchodzi się do pokojów noclegowych. Jak widać na zdjęciu, jest wejście przy wejściu i kawałek szklanej ścianki zasłoniętej mocno już sfatygowaną roletą, żeby nie spać na oczach ludzi. Łazienki wspólne dla wszystkich mieszczą się w korytarzu. Ale co to za łazienki! stałam chwilę w milczeniu, nie wiedząc o co w tym wszystkim chodzi, aż pani sprzątająca patio podeszła do mnie i życzliwie wytłumaczyła w jaki sposób należy brać prysznic.

                                     mój pokój w hostelu Djody

Najgorsze jednak było to, że w pokoju (raczej w celi) nie było ani jednego kontaktu. Nie mogłam włączyć laptopa, ani naładować aparatu fotograficznego, nie mówiąc już o zrobieniu sobie kawy. Pościel była nieświeża, więc spałam na swoim ręczniku, przykryta swoim pareo. Kąsały komary, nie było wentylatora, było ciemno, bo nie było okna, oprócz tej zasłoniętej, szklanej ścianki wychodzącej na wewnętrzny korytarz. No cóż, za 20 złotych nie należy spodziewać się luksusów. Postanowiłam wytrzymać.
Wieczorem poszłam zwiedzić tą słynną, barwną, międzynarodową ulicę Jalan Jaksa i kupić spirale antykomarowe i wodę mineralną do picia. Rzeczywiście na tej turystycznej ulicy można spotkać ludzi z różnych stron świata i usłyszeć rozmowy w najróżniejszych językach. W Singapurze taką ulicą była Bencolen Street. Jalan Jaksa jest jednak bardziej kameralna i krótsza od Bencolen Street. Urok tego miejsca polega na tym, że wszystkie boczne od Jalan Jaksa są również śliczne i kolorowe, zapełnione zielenią, kwiatami i wieloma kafejkami wprost na ulicy. To jest takie magiczne miejsce, dlatego mówi się nie tyle o samej ulicy, co "okolicy Jalan Jaksa", mając na myśli cały kompleks uliczek w rejonie tej właśnie.

                                           jedna z tych uliczek

Sama Jalan Jaksa jest poprzeczną ulicą, łączącą dwie większe, biegnące równolegle do siebie - Kebon Sirih i Wahid Hasyim. Dobre położenie, bo na Jalan Jaksa jest spokojnie, cicho i sielsko, a wystarczy przejść  w prawą lub w lewą stronę i dochodzi się do dużych, gwarnych ulic ze sklepami, restauracjami i metro-busami, które jeżdżą w każdą stronę metropolii z częstotliwością naszego Metra. Osobliwy to środek transportu ze wzgledu na usytuowanie swoich przystanków. Otóż idę sobie ulicą i widzę nagle dużą grupę ludzi stojących wysoko na niczym niezabezpieczonej platformie nad ulicą. Rany! zaraz pospadają na ulicę i pozabijają się! pomyślałam i spłoszonym wzrokiem próbuję zidentyfikować ten obiekt. A oni na Metro-bus czekali sobie spokojnie. Wchodzi się po schodkach na taką platformę, przy ostatnim schodku jest kasa, w której kupuje się bilet, ten bilet wrzuca się do specjalnego otworu przy bramce, która wtedy dopiero pasażera na platformę wpuszcza. Gdy już cała platforma ludzi jest, zamyka się wejście, a ludzie, którzy nie zmieścili się w tym rzucie, czekają na dole, na chodniku na następny kurs.Tym sposobem ludzie na platformie stoją, już pozbawieni biletów, a ci na dole jeszcze bez biletów. Jazdy na gapę nie ma. Cofnąć się też nie można, bo biletu nikt nie odda i bramki w odwrotną stronę nikt specjalnie nie otworzy. Uczy to chyba ludzi podejmowania odpowiedzialnych decyzji. Pani w kasie trzeba wyznać cel podróży, bo cena biletów zróżnicowana w zależności od stacji, do której się jedzie.  Bus-metro ma drzwi otwierane automatycznie i zawieszone tak wysoko po środku autobusu, żeby równo trafić w platformę (może to peron się nazywa?), na której ludzie się znajdują. Wewnątrz wisi u sufitu tablica z rozpisanymi stacjami, jak u nas w metrze, więc ktoś taki, jak ja, kto nie zna bahasa indonesia i słabo angielski i tak trafi, gdzie trzeba.Uważam, że bus-metro to bardzo sprytny wynalazek w tak zatłoczonym mieście, jak Jakarta, w którym nie ma metra z prawdziwego zdarzenia. Szybciej i taniej było im postawić takie platformy i wydzielenie bus-pasa na jezdni, niż przekopywanie tak ogromnego miasta, aby zbudować metro z prawdziwego zdarzenia. Bus-metro jeździ tak często, że nie zdążą się utworzyć bardzo długie kolejki. Jeden pojazd odjedzie i za minutę, półtora, pojawia się następny. W metro-busie siedzi się tak wysoko, jak w londyńskim autonusie, dlatego też 

                                       indonezyjska łazienka

pojeździłam sobie trochę tymi dziwnymi pojazdami, na różnych liniach, żeby zwiedzić miasto i z góry w czasie jazdy popatrzeć  na ten kocioł mieszaniny samochodów, minibusów (bemo), skuterów (ojek), riksz rowerowych (becak), i małych powozików ciągnionych przez małe koniki (codomo). W mieście, które liczy ponad 15 milionów mieszkańców, ludzie przemieszczają się, czym tylko się da. Żeby pojechać metro-busem w odwrotną stronę, nie trzeba schodzić na zatłoczone ulice, tylko przejść przewieszką na drugą stronę ulicy, wprost na tamtą platformę, przed którą znowu kupuje się bilet. Bus-pasy oddzielone są od wewnętrznej strony jezdni oraz od chodników, betonowymi krawężnikami. Żaden więc samochód, ani riksza, nie pokona tak wysokiego krawężnika, aby szybciej sobie pojechać bus-pasem. Przemieszczanie się po mieście takim metro-busem było dla mnie najlepszym rozwiązaniem, żeby w krótkim czasie przemieszczać się po mieście i nie tkwić w korkach.

                                        budynek rządowy

Na szczęście miałam mapki miasta z zaznaczonymi miejscami interesującymi turystów i wszędzie trafiłam bez problemów. Obejrzałam Pałac Prezydenta, który uznałam za bardzo skromną budowlę. Doszłam do niego od strony Jalan Veteran, ale wojsko nie pozwoliło się zbytnio zbliżyć do siedziby Prezydenta, więc poszłam sobie dalej, do  Medan Merdeka, czyli na Plac Wolności. Plac ogromny, bardziej rozległy, niż Plac Czerwony w Moskwie i można nogi uchodzić po kolana, żeby obejść go dookoła. A upał w Jakarcie piekący od samego rana, po noc głęboką. Na środku tego placu stoi marmurowy obelisk, Nasional Monument, zwany Monas, wysoki jest na 137m, a zakończony jakby zniczem olimpijskim.

                                                   Monas

Ten płomień na czubku ma 14 metrów i wykonano go z brązu, a pokryto prawdziwym złotem. Myślę, że u nas to złoto by się nie uchowało, ponieważ Polacy nie po takich wyżkach się wspinają i te 137 metrów gładkiej powierzchni nie stanowiłoby dla nich żadnego problemu. A w Jakarcie stoi sobie bezpiecznie.
National Museum było tego dnia zamknięte, ale za to zwiedziłam Museum Sejarah Jakarta, w którym przedstawiono bogatą historię tego miasta. Interesująca wystawa o Indonezji mieści się w Taman Mini Indonesia Indach, tak zwana "Indonezja w pigułce", super sprawa, każdemu polecam. Mieści się w pięknym parku k/Kampung Rambutan i przedstawia w miniaturze całą Indonezję z jej wieloma wyspami i ich tradycyjną architekturą oraz wyrobami rzemieślniczymi. Grzechem byłoby nie zwiedzić meczetu będąc w kraju w większości muzułmańskim. Nie do wszystkich wpuszczają kobiety nieczyste, czyli jedną winą jest, że jestem kobietą, a drugą winą, że nie wyznaję islamu, ale jak się człowiek postara, to coś obejrzeć może. Ja zwiedziłam stary biały meczet Istiqlal Mosque przy Jalan Veteran, skoro już byłam z tej strony placu. Wygląda imponująco. Zbudowano go w miejscu, gdzie kiedyś mieściła się holenderska twierdza Benteng Noordwijk. Holendrzy nieźle łupili azjatyckie kraje, a w Indonezji zatrzymali się, że tak powiem,  na dłużej. Bowiem zjawili się w Jakarcie w 1596r, a oficjalnie, dopiero w 1949r i to pod naciskiem ONZ, oddali Indonezji niepodległość. Przez 350 lat Holandia bogaciła się kosztem Indonezji, a przecież nie była ona jedynym skolonizowanym krajem przez Holendrów. Przez tych Holendrów Indonezja uległa islamowi, ponieważ Stowarzyszenie Kupców Islamskich przeobraziło się z czasem w krajową konfederację islamskich związków zawodowych (Sarekat Islam), która szybko zwiększała swoją liczebność bo ludność, ciągle tocząca boje z holenderskimi okupantami miała już dość jarzma kolonialnego i przystępowała do islamskich organizacji, które urządzały wiece na terenie całego kraju, głosząc nacjonalistyczne hasła.

                                     drugi hotel-wejście do mojego pokoju

Oczywiście początek walki o wyzwolenie rozpoczęli studenci już w 1908r, bo ktoś musiał intelektualnie zapanować nad chaosem walczących, a potem dołączyli do nich islamscy kupcy. W 1928r nastąpiło tak zwane "przebudzenie narodowe", tworzyły się ruchy robotnicze, chłopskie, Indonezyjczycy o mało nie ulegli komunizmowi, aby tylko wyzwolić się od kolonizatorów i zakończyć walki, w których ciągle ginęli ludzie. Ale islamistów było już tak dużo, że komunizmu przez żadną szparę w granicy nie przepuścili i sami zapanowali nad wyspą Jawą. W 1945r szukali pomocy nawet u Japończyków, ale trafili akurat na moment, gdy Amerykanie zrzucili jedna po drugiej bomby atomowe na Japonię, która wobec tego faktu ogłosiła kapitulację i Indonezyjczycy znowu zostali pozostawieni sami sobie. W 1949r Amerykanie odcięli Holendrów od pomocy w ramach planu Marshalla i dopiero wtedy ONZ nakazała im opuścić Indonezję. W ten oto sposób Stany Zjednoczone dyktowały warunki całemu światu, a pozostałym krajom wydawało się, że sami u siebie są panami.
Trzeciego dnia zamieszkałam w innym hotelu, w którym poznałam Dominikę Grzesiuk, jej mamę Ewę i ciocię. Sam hotel niewiele droższy od poprzedniego, a warunki o niebo lepsze. Pokój wygodny, z gniazdkiem elektrycznym. Czysto. Natychmiast naładowałam laptopa, baterie do aparatu fotograficznego, bo wszystko było już na wyczerpaniu i wykąpałam się we własnej łazience.
Nowo poznane Panie były z Częstochowy. Mama z ciocią kończyły właśnie wizytę w Indonezji, dokąd przyleciały odwiedzić Dominikę. Dominika jest studentką w Częstochowie, wzięła roczny urlop dziekański i przyjechała do Indonezji do pracy z dziećmi, jako wolontariuszka, w ramach projektu Unii Europejskiej. Chciała zdobyć nowe doświadczenie życiowe. Życie często płata figle i Dominika została solidnie doświadczona przez rodzinę muzułmańską, do której ją przydzielono. Ale się hartuje i zamierza wytrwać do końca. Zresztą musi, bo taką podpisała umowę.

                               publiczna budka telefoniczna, tylko drugi aparat ktoś zdjął

Podejmując się tej pracy,jakoś zupełnie nie pomyślała, że może trafić do rodziny muzułmańskiej. Za mało widocznie przeczytała o Indonezji przed wyjazdem. Praca z dziećmi nie zawiodła jej. Dzieci były sympatyczne, uczyły się pilnie i zachowowywały się względem Dominiki zupełnie naturalnie. Problem tkwił w starszych. W muzułmańskich rodzicach i nauczycielach w szkole. Ciągle zwracali jej uwagę, aby się szczelniej ubierała, aby nigdzie nie chodziła sama, a najlepiej, żeby poza szkołę i dom się nie oddalała. Tym bardziej, jeżeli nie nakrywa głowy żadną chustką.Tak przecież nie można żyć. Ona przyjechała tu do pracy, a nie na resocjalizację do więziennego ośrodka. Jest człowiekiem wolnym i po pracy chce chodzić, gdzie sama zechce i zwiedzać ten egzotyczny kraj. Każdy wolontariat ma to w programie. Ale nie u muzułmanów. Gospodyni żądała, aby przed i po pracy Dominika sprzątała jej dom, podczas gdy sama całe dnie oglądała telewizję. Nawet ja zdążyłam już przez te parę dni zauważyć, że Indonezyjczycy większość swojego czasu poświęcają na oglądanie telewizji. Oglądają tasiemcowe seriale, jakieś teleturnieje i tok-szoły - ogłupieć można od takich programów, a oni gapią się w te telewizory w domach, sklepach, restauracjach, u fryzjera, na dworcach kolejowych i autobusowych, ba! nawet w autobusach, w sklepach i przy warungach, czyli ulicznych blaszakach z jedzeniem! dosłownie wszędzie! trzeba w dzwonek klepnąć przy ladzie, żeby oderwać taką osobę od ekranu telewizyjnego, żeby człowieka obsłużyła. Taki fryzjer, to może człowiekowi nawet ucho obciąć, gdy akurat jakaś fascynująca scena będzie się w telewizorze odbywała.No, tragedia po prostu z tym wynalazkiem jest! i nie tylko z tym.

                                    Ja  w wewnętrznym patio hotelu

Jeżeli akurat nie oglądają telewizora, to tylko dlatego, że właśnie przez komórkę rozmawiają. To następna pasja Azjatów, która zabiera im mnóstwo czasu. Praca to tylko konieczny przerywnik między oglądaniem telewizora, a rozmowami komórkowymi. Następną pasją w azjatyckich krajach, w których trochę lepiej się ludziom powodzi, niż w Sri Lance, to jazda skuterami. Japończycy swoją produkcją wypełniają szczelnie całą Azję, dopasowując ceny do możliwości swoich azjatyckich klientów. Zysk odbijają sobie prawdopodobnie na Europejczykach! Tak samo, jak KFC, McDonald i Coca Cola. Indonezyjczycy (Tajowie również) z reguły, jadąc skuterem czy samochodem, cały czas rozmawiają przez komórki. No i następna pasja Indonezyjczyków to toto-lotek! Grają wszyscy i ciągle sprawdzają numery. Przed stoiskami z toto-lotkiem zawsze jest tłok. Istne szaleństwo! a takie stoiska są co parę kroków.

                                    taką kafejkę znalazłam, miło prawda?

Mama i ciocia Dominiki odleciały do Polski, a my jeszcze dwa dni spędziłyśmy razem w Jakarcie i postanowiłyśmy, że tego samego dnia wyjedziemy z miasta, aby razem pojechać na dworzec i kupić bilety. We dwie zawsze raźniej, a to co dzieje się na indonezyjskich dworcach, obie już doświadczyłyśmy, więc wolałyśmy razem zrobić z tego powtórkę. Z Jakarty postanowiłam jechać do Denpasar na Bali autobusem. Zdecydowałam się na autobus odjeżdżający o godz.12.oo w południe. Ani za wcześnie, ani za późno. Dominika swój autobus miała o godz.14.oo,więc mogła zwiedzić trochę okolice dworca, ale żeby gdzieś dalej w miasto iść, to za mało czasu było. Dworców autobusowych jest kilka i naprawdę trzeba sprytu, żeby dopytać o ten właściwy. Poprzedniego dnia wszystko sprawdziłam i wiedziałam już, że nasz był bardzo daleko. Dominika zaproponowała, abyśmy wzięły taksówkę. Sama nigdy bym się na taki transport nie zdecydowała, ale skoro płacimy po połowie, to się nawet opłaca. Na dworcu autobusowym wrzask straszny i mnóstwo ludzi rzuciło się na nas z krzykiem. Pierwszy raz byłam w szoku, ale to doświadczenie miałam już za sobą, więc teraz się za bardzo tymi wrzaskami nie przejęłam. Każdy krzykacz chciał, aby to w jego kasie kupić bilet (w kasie, która mu za taką usługę płaci jakiś procent). Każda kasa, to inna firma przewozowa. Poprosiłam Dominikę, aby powiedziała tym ludziom po angielsku, aby przestali wrzeszczeć, to powiemy gdzie chcemy jechać i wybierzemy autobus. W takim hałasie nic im nie powiem, tylko sama znajdę tą kasę, w której wczoraj umawiałam się z panią na cenę biletu do Denpasar. Zawsze w dzień poprzedzający wyjazd jadę na właściwy dworzec, port lotniczy lub przystań statków, aby sprawdzić trasę, dojazd i ceny biletów oraz ich dostępność. Dominika próbowała dogadać się z rozwrzeszczanymi naganiaczami, a ja tymczasem znalazłam właściwą kasę, pani mnie pamiętała, sprzedała mi bilet za uprzednio wynegocjowaną cenę 330.000 rupii i wyjaśniła, na które miejsce mój autobus się podstawi. Wróciłam do Dominiki. Ona ciągle próbowała się z tymi ludźmi dogadać. Może do godz.14.oo jej się uda. Mnie też natychmiast dopadli i proponowali bilet za 440.000 rupii i najwcześniej na godzinę 16.oo! dobre sobie. W końcu Dominika też korzystnie wynegocjowała sobie cenę za bilet do swojej miejscowości i wycofałyśmy się z pola bitwy, żeby jeszcze trochę pogadać sobie przed podróżą w spokojniejszym miejscu. Dominika miała przed sobą 5 godzin jazdy, a ja całą dobę!

                                 Dominika - spakowane czekamy przed hotelem na taxi

Indonezyjczycy są bardzo kontaktowi i chwili nie dadzą postać w spokoju, tylko zaraz do nas zagadują, pytają, żartują. Ten pan pokazuje, jaka ta Dominika wysoka jest. No jest. W tym kraju ludzie są niscy, więc ciągle dziwią się wzrostowi Europejczyków i Amerykanów.
O godzinie 12.15 opuściłam Jakartę.

cdn










piątek, 3 sierpnia 2012

książka wisi, a chcę żeby szła


Podejrzałam dzisiaj stronę internetową mojego wydawnictwa w sekcji "w przygotowaniu" i tam mojej książki nie było, co mnie trochę zaniepokoiło, bo zapowiedź już powinna się ukazać. Ale kliknęłam na "już wydane" i zobaczyłam, że tam ją zawieszono, z kilkoma innymi. Czyli lada dzień będzie w sprzedaży. W ostatniej chwili Wydawca poprawił okładkę, dając na przód właściwy tytuł, a jako podtytuł "Sri Lanka". Ja już na to ręką machnęłam, myśląc, że za późno na poprawki, ale jestem pełna uznania, że jednak to zrobił. Teraz wszystko zależy od dystrybucji i zainteresowania czytelników.

                                          ostateczna wersja okładki

No to teraz dopiero jest dobrze i tylko czekać mi pozostało. Ponieważ nie chodzę już na basen, bo mi się karta skończyła, a gdybym chciała nową, to kosztuje już 60% drożej, więc nie chcę, no to dałam namówić się koleżance na takie bezpłatne testowanie łóżka z masażem pleców. Odbywa się to w firmie Ceragem na Rondzie Wiatraczna. To urządzenie do termomasażu skanuje najpierw mój kręgosłup i dopiero wtedy wybiera odpowiedni program dla moich mięśni i kręgosłupa oraz odpowiedni stopień intensywności masażu. Na sali jest chyba z trzydzieści takich łóżek, a ludzie jeszcze w kolejce czekają. No to i ja spróbuję, pomyślałam sobie, bo coś dla tego swojego kręgosłupa powinnam dobrego zrobić.  Muszę przyznać, że leżąc na tym łóżku pierwszy raz, byłam trochę przerażona. Miałam wrażenie, jakby czołg przejechał po moich plecach i dodatkowo się nade mną pastwił, co i rusz powracając w uprzednio już zmiażdżone miejsca. Ale popatrzyłam wokół na leżących ludzi, znajdujących się w takiej samej sytuacji, jak ja i stwierdziłam, że nikt z nich jeszcze nie umarł, to może i ja jakoś przetrwam. Jeżdżę teraz na Rondo Wiatraczna codziennie i może coś dobrego z tego wyniknie. Ale trzeba poczekać z oceną.
                                             można? - można, można Oliwciu, wchodź!

wieczorem napiszę trochę o Indonezji, a teraz muszę się zbierać, bo właśnie burza się skonczyła i deszcz przestał padać, więc trzeba sprawy "na mieście" pozałatwiać.





czwartek, 2 sierpnia 2012

Stara Praga


Stara Praga jest magiczną dzielnicą Warszawy, gdzie wyczuwa się ów specyficzny klimat lat 30-tych i 40-tych ubiegłego stulecia.Mnie osobiście najbardziej podoba się ul.Ząbkowska, Targowa,  okolice Dworca Wileńskiego, Kłopotowskiego i okolice Ogrodu Zoologicznego na Jagiellońskiej. Chociaż, gdy moja koleżanka Janeczka, zaprowadziła mnie kiedyś na Szmulki, gdzie od lat mieszka, byłam zaskoczona urokiem małych, cichych uliczek, przecinających co i rusz nasz szlak spacerowy.

                                                    ulica Ząbkowska

W czasie II wojny światowej Stara Praga mniej ucierpiała od bombardowań niemieckich, niż lewobrzeżna Warszawa dlatego zachowało się tu wiele przedwojennych budynków rządowych oraz mieszkalnych, podczas gdy po lewej stronie Wisły trzeba było praktycznie wszystko budować od początku. Wiadomo, że była to już inna architektura i inny styl zabudowy ulic. Po wojnie można było na Pradze w miarę wygodnie mieszkać i pracować i stamtąd zarządzać miastem pozostałym w szczątkowej formie. A potem stało się to, co zawsze w takich przypadkach następuje - odbudowana stolica na lewej stronie Wisły kwitła i rosła w siłę, a po prawej stronie Wisły starzała się Praga i podupadała coraz bardziej z każdą dekadą. Budynki zaczęły się sypać ze starości, niewiele właścicieli wróciło po wojnie do Polski, która nie była już taka sama, jak przed wojną i nie wszyscy w tym nowym ustroju chcieli życie sobie układać od początku. Niektórzy nie mieli już do czego wracać, bo własności zostałe ograniczone i większość fabryk i kamienic przejęło państwo. Ciągle funkcjonował Bazar Pana Różyckiego na Targowej, gdzie zaopatrywała się w żywność i we wszystko, co tylko możliwe - cała uboga, powojenna Warszawa. Na Różycu, jak w tyglu - słyszało się typowo warszawską gwarę, soczysty język przekupek, zaciąganie ruskie, przybyłych ze wschodu handlarek oraz specyficzny język polskich Żydów. Do historii przeszły słynne gorące flaki i pyzy sprzedawane na Różycu. Śpiewano o tym piosenki. Bazar ze swoim folklorem występował również w kilku polskich filmach.
Bazar przetrwał I wojnę światową, II wojnę światową i wszystkie zawirowania polityczne dziejące sie w międzyczasie. W czasie wojny, kupcy z Różyca przekazywali żywność do szpitala, w którym leczyli się ranni polscy żołnierze oraz za pośrednictwem PCK przekazywali żywność do Pawiaka.

                                                         praska ulica

Wszystko to za przyczyną Juliana Różyckiego, aptekarza, który pod koniec XIXw kupił w rejonie ulic: Targowej, Ząbkowskiej i Brzeskiej kilka działek i założył bazar. Ale to już historia. Po wojnie, jak wszystko w Polsce - Bazar Różyckiego upaństwowiono, ale handel prywatny trwał nadal, no bo wszystkiego ludziom brakowało, a państwo nie było jeszcze w stanie zapewnić najbardziej potrzebnych artykułów codziennego użytku i żywności dla masowo powracającej ludności do zrujnowanego miasta.Wyżywić też trzeba było nowo przybyłych, którzy pomagali w odbudowie stolicy (Cała Polska buduje swoją stolicę! - pamiętacie?) Próba likwidacji bazaru w latach sześćdziesiątych nie powiodła się wobec zdecydowanego sprzeciwu społeczeństwa. Swój złoty okres Bazar przeżywał ponownie w latach dziewięćdziesiątych XXw i  dopiero powstanie konkurencji na Stadionie Dziesięciolecia Manifestu Lipcowego, w postaci Jarmarku Europa, w 1989r, spowodowało upadek Bazaru Różyckiego.

                                      brama wiodąca na podwórko przy ul.Brzeskiej

W 2007r zaczęła się likwidacja Jarmarku Europa, Stadion Dziesięciolecia przebudowano na Stadion Narodowy,  ale nawet w takiej sytuacji Bazar Różyckiego nie przejął wiodącej roli w handlowaniu z ręki i straganu. Nie podnióśł się już z upadku. Obecnie potomkowie Różyckiego starają się podobno o zwrot rodzinnej własności, ale jak wiemy, takie sprawy w naszym kraju trwają latami. Muzeum Pragi z kolei, czyni starania o wpisanie Bazaru Różyckiego do rejestru zabytków.Wtedy nie byłoby można zlikwidować bazaru.Takich zabytkowych miejsc i ciekawych historii z nimi związanych, na Starej Pradze jest dużo. Przez cały okres PRL-u brakowało zainteresowania władz miasta i rządu o renowację tej pięknej dzielnicy, ale teraz Stara Praga się przeobraża w modne zabytkowe miejsce. Stare budynki są odnawiane, nowoczesne szklane domy umiejętnie wbudowuje się między stare zabytki, w pofabrycznych odremontowanych budynkach mieszczą się galerie, wystawy, kluby rozrywkowe. Bardzo modne ostatnio stało się obchodzenie różnych świąt przypominających dawne czasy. Lubię w nich uczestniczyć.

                                              kapela podwórkowa na Pradze

Na Pradze działa Teatr Konsekwentny, który obecnie mieści się w dawnej wytwórni wódek Koneser przy ulicy Ząbkowskiej.Wspominam o tym, bo w tym teatrze występuje często pan Tomek Jachimek, znany nam komentator ze "szkła kontaktowego" w TVN24. Wytwórnia Wódek Koneser mieści się w pięknym neogotyckim budynku z mocno czerwonej cegły. Ten budynek jest naprawdę piękny! Oczywiście nie funkcjonuje już jako fabryka wódki, tylko jako Centrum Kulturalne Pragi. Pokaże na blogu ten budynek, jak znajdę w zeszłorocznych zdjęciach. Teraz pokazuję Pragę ze święta pn. "podwórka praskie" Andrzej Szczypiorski w swojej książce "Początek" bardzo dokładnie i sugestywnie opisywał przedwojenne podwórka praskie, szczególnie te w okolicy ulicy Targowej i Brzeskiej.


                                                praskie podwórko

Ulica Ząbkowska miała kiedyś tak złą sławę, jak jeszcze niedawno ulica Brzeska czy okolice dworca wschodniego. Tamte okolice uważano za najbardziej kryminogenne i nazywano Trójkątem Bermudzkim. Sama Ząbkowska wyglądała okropnie, że aż strach było w nią wejść po zmierzchu. Na szczęście władza opamiętała się (przy władzy było wtedy SLD) i zaraz po 2000r rozpoczęto rewitalizację ulicy. Gdy włądzę przejął PIS, prace na Ząbkowskiej zostały zahamowane (2002r - jak wszystko za tej władzy). Na szczęście nie rządzili długo i Ząbkowska ponownie zaczęła odzyskiwać blask. Pozostawiono zabytkowy bruk, który na początku XXw sprowadzano ze Skandynawii oraz szyny tramwajowe. Niestety, po renowacji ulicy, wycofano z niej tramwaje. Ostatni tramwaj przejechał ulicą Ząbkowską 21 lipca 2000r. Przyjemnie jest przejść się tą ulicą, bo niby taka stara, a taka nowa. Odbywają się tam również różne święta i festyny.

                                             podwórkowe tańce

Święto "podwórka praskie" umożliwiło nam wejście na każde niemal podwórko, gdzie mogliśmy obejrzeć pozostałości po dawnej świetności. Domy te budowali prywatni przedsiębiorcy i każdy realizował swoją własną wizję, dlatego są tak zróżnicowane i piękne. W niektórych podwórkach są śliczne, drewniane galerie na wysokości piętra, ciągnące się na całej długości w czworobok ustawionego budynku, drewniane, rzeźbione balustrady, poręcze schodów, żeliwne, rzeźbione balkony itp. W wielu podwórkach stoją bardzo już stare kapliczki. Szmulki z kolei, to m.in.ulice Radzymińska, Białostocka, Kawęczyńska. Nazwę swą Szmulki wzięły od nazwiska pierwszego dzierżawcy tej ziemi, Ajzyka Szmula Jakubowicza, któremu te tereny wydzierżawił król Stanisław August Poniatowski. I chociaż ziemia przechodziła potem z rąk do rąk, cały ten obszar rozparcelowany, a następnie zabudowany ulicami, do dnia dzisiejszego nazywa się  Szmulowizną (tam właśnie, gdzie mieszka moja Janeczka). Był to do niedawna również niebezpieczny teren Targówka, ale dzisiaj wszystko się zmieniło. Pozostało sporo zabytkowych kamienic, a na Kawęczyńskiej stoi drewniany dom, który zbudowano w 1914r i do dzisiaj mieszkają w nim ludzie.

                                                do sprzedania

Jeszcze dzisiaj można sobie kupić jakąś starą kamienicę na Pradze, wyremontować ją i wypuścić na wynajem, na przykład. Żaden nowy budynek mieszkalny w nowoczesnym osiedlu, nie ma tyle uroku, co stare, praskie kamienice. Na ulicy Otwockiej trafimy do "Fabryki Trzciny". Jest to Centrum Artystyczne założone przez znanego kompozytora Wojciecha Trzcińskiego, w którym ciągle się coś ciekawego dzieje. Budynek, w którym mieści się "Fabryla Trzciny" pochodzi z 1916r i mieściła się w nim najpierw fabryka marmolady, a po wojnie produkowano w tej fabryce pepegi, dzisiaj zwane tenisówkami.

                                              Stara Praga się bawi

Czy na jakimś nowym osiedlu w Warszawie widział ktoś takie balety? nigdy! Ja nie znam nawet swoich sąsiadów. Oni tylko przemykają z samochodu do mieszkania i z mieszkania do samochodu, a grilują na balkonach i tarasach, bo nawet nie chce im się tyłka w plener ruszyć. No ale nawet reklamy ich uczą takiego egoizmu: wszystko, co najlepsze dla mojej rodziny, najważniejsza jest dla mnie moja rodzina, moja rodzina jest u mnie na pierwszym miejscu itd, itp. Ale są tacy ludzie, co żyją intensywnie i z polotem i chociaż nie mają swojego samochodu, to nie marnują czasu na ślęczenie przed telewizorem i oglądanie ogłupiających reklam, tylko przebywają więcej na świeżym powietrzu, z innymi ludźmi i się całkiem fajnie bawią. Piwka sobie wypiją, wódeczki, jak kto lubi, pogadają, pośpiewają, potańczą i myślę, że bardziej na zdrowie im to wychodzi. Klimaty praskie są jedyne w swoim rodzaju!

                                     żydowskie podwórko i słynna pańska skórka

Gdy Roman Polański kręcił w Warszawie sceny do filmu "Pianista", to akcje z rogu ulicy Chłodnej i Żelaznej kręcono u zbiegu Stalowej i Konopackiej na Pradze, ponieważ po lewej stronie Wisły nie ma już zabudowy z tamtych lat, a na Pradze jest.

                                           życie podwórka praskiego

Teraz na Pradze mamy dużo urokliwych kafejek, w których można posiedzieć sobie przy kawie w staroświeckim wnętrzu lub przy stoliku na ulicy i obserwować toczące się życie, w autentycznie starej scenerii starej Warszawy, przypominającej o dawnych czasach. Dla jednych, o starych, dobrych czasach, dla innych o czasach złych, wręcz tragicznych. 

                                      prezentacja wyrobów praskich starszych twórców

W każdej chwili możemy wsiąść w tramwaj lub miejski autobus i przenieść się mostem Poniatowskiego do Warszawy współczesnej, nowoczesnej, światowej. Tu życie toczy się w zupełnie innym rytmie. Wszyscy się gdzieś spieszą, nikt z obcymi nie rozmawia, zagubiony człowiek nawet nie ma kogo zapytać o drogę, bo wszyscy biegają tam i z powrotem ze słuchawkami w uszach, nie widząc i nie słysząc nic wokół.

                                           i młodszych twórców

Taaak. Jeżeli chcemy odpocząć od miejskiego zgiełku, warto wpaść na Pragę i pospacerować po starych ulicach, posiedzieć na  ławeczce w Parku Praskim lub zatopić się w inny świat, ciszy, spokoju, flory i fauny w Ogrodzie Zoologicznym na ulicy Jagiellońskiej.


poniedziałek, 30 lipca 2012

Nowinki, nowinki.....


Wczoraj właśnie kończyłam przyrządzać nową potrawę z przepisu prasowego, gdy zadzwoniła Maria. Wybierałam się tego dnia do Marii, ale wiedziałam, że gdy wrócę, nie zechce mi się już nic gotować, ani wogóle nic robić pożytecznego, dlatego zarówno pranie, jak i gotowanie chciałam ukończyć przed wyjściem z domu. Potrawa zapowiadała się pysznie i była taka: małe klopsiki z mięsa drobiowego zmieszane z koperkiem i parmezanem usmażyłam osobno. Na ogromnej patelni żeliwnej dusiły się warzywa; czosnek, bakłażan, cukinie zielone i żółte, cebula oraz kolorowe papryki i małe pomidorki koktajlowe. Wszystko to odpowiednio doprawione mocnymi, orientalnymi przyprawami i podawane z ryżem oraz tymi klopsikami właśnie. Pyszności mało kaloryczne, czyli coś, czego potrzebuję ja, bo lubię zjeść, ale jednocześnie chcę schudnąć. Nagotowałam tego, jak dla pułku, ponieważ w tygodniu nie mam ani czasu, ani ochoty pichcić. Podgrzewam więc tylko to, co udało mi się przygotować w niedzielę i do środy mam obiady z głowy. Potem łyknę coś w biegu, to tu, to tam, jakieś ziemniaczki z koperkiem i kefirek lub usmażę sobie naleśniki, a gdy przyjdzie niedziela, znowu nagotuję czegoś smacznego i konkretnego na parę dni.

tu akurat nie w swojej kuchni-ale też pichcę
Powiedziałam Marii, że zaraz właśnie do niej jadę, to opowie mi wszystko, co się wydarzyło. A wydarzyło się to, że Gosia, Pawła, a od pewnego czasu i moja znajoma, przywiozła do Polski Anurade! Jest z nim u siebie w małym miasteczku na Dolnym Śląsku, 80 km od Wrocławia i zapowiedzieli się z odwiedzinami w Warszawie. Bardzo się ucieszyłam i Maria również, ponieważ obie bardzo polubiłyśmy Anurade, gdy mieszkałyśmy w Mount Lavinia w Sri Lance. Nie będę się tu dużo rozpisywać o Anurade, ponieważ sporo jest o nim w mojej książce "Łza na Oceanie - Sri Lanka", kogo to zaciekawi to sobie kupi książkę i przeczyta. W sobotę Wydawnictwo zawiadomiło mnie, że 15 sierpnia kończą cały cykl prac nad moją książką i ukaże się ona w sprzedaży 16 sierpnia 2012r, więc już niebawem. Dreszczyk emocji trwa.
Przyjazd Anurade do Polski to bardzo duże wydarzenie - dla Anurade oczywiście, ponieważ on nigdy nie był jeszcze za żadną granicą, nawet na Malediwach, gdzie Lankijczycy mają najbliżej i często jeżdżą tam do pracy w hotelach. Na Malediwach oprócz hoteli i morza nic nie ma, więc niektórzy Lankijczycy mówią, że tam jest nudno, ale gdzieś te pieniądze trzeba zarabiać (Malediwy są pierwszym zamieszkałym państwem wyspiarskim, które zniknie niebawem z powierzchni ziemi, ponieważ z powodu gwałtownego ocieplania się klimatu, zostanie zatopione, w wyniku podnoszenia się poziomu wody). No więc pierwszy  i od razu taki gwałtowny skok w środek  Europy, musi być dla Anurade niezłym przeżyciem.

z prawej: Anurade
To jest własnie Anurade. Obwoził mnie tuk-tukiem po Colombo i tu jesteśmy właśnie w jednej ze świątyń buddyjskich. Anurade trzyma mały plastikowy kubełeczek, którym nabierał wody i polewał, żebym obmyła sobie nogi (taki zwyczaj). Zagapił się na rozmawiającego z buddystą guru, więc ja w tym czasie zrobiłam im zdjęcie. Gdy wczoraj wieczorem wróciłam od Marii do domu, miałam już w laptopie list od Gosi. Pisała, że przylecieli ze Sri Lanki w środę, ale od poniedziałku (od dzisiaj) ona wraca do pracy i Anurade będzie musiał całe dnie siedzieć w jej domu, ponieważ boi się sam wychodzić do miasta, żeby go rasiści nie pobili. Bardzo to smutne. Napisałam, że w Polsce już chyba nie ma rasistów, co by bez przyczyny bili spokojnego człowieka, tylko dlatego, że jest czarny, ale Gosia mówi, że w małych polskich miasteczkach rasiści są, niestety. Napisałam, żeby Anurade któregoś ranka poszedł sam do sklepu po chleb lub do kiosku po gazetę i przekona się, że nic się nie będzie działo. Może wtedy pozbędzie się lęku. Po czym dodałam, że rzeczywiście w małym miasteczku ta sprawa może inaczej wyglądać, niż w Warszawie, ale za to szybciej można namierzyć takiego jełopa, bo się wszyscy znają, zidentyfikować go i podać na policję, to nauczkę będzie miał. Mówiąc prawdę, sama w to nie wierzę, żeby policja komukolwiek pomogła w konkretnej sprawie, obcokrajowcowi w szczególności (bo bandyta, chociaż wbrew prawu działa, ale jest swój, krajan i przymyka się oko na jego chuligaństwo), ale trzeba mieć nadzieję, że w końcu tak się zdarzy. Gosia uczy Anurade języka polskiego.

Wilanów: Ja, Paweł, a w środku Gosia
Tu, w Warszawie czarnych ludzi jest bardzo dużo i nikt im przykrości nie robi. Z niektórymi regularnie jeżdżę autobusami, bo mieszkają w mojej dzielnicy i stamtąd dojeżdżają do pracy w centrum miasta. Sporo też widzę czarnych dzieci z mieszanych związków i wszyscy są dla nich bardzo mili. Trzeba przyznać, że takie  czekoladowe dzieciaczki są po prostu śliczne. Tak się mądruję, a być może tylko na ulicy, wśród ludzi wszyscy są dla czarnych mili, a w małych środowiskach sąsiedzkich, w przedszkolu lub szkole może już być inaczej. Sama nie wiem. Pytali o to kiedyś pana Godsona, naszego czarnego parlamentarzystę. To bardzo delikatny człowiek, więc bardzo oględnie, ale dał do zrozumienia, że z tą polską tolerancją różnie czasami bywa. W każdym razie Anurade musi się pozbyć strachu przed białymi, inaczej trudno mu tu będzie żyć. Napisałam Gosi, że nie może on bez przerwy siedzieć sam w domu, bo zwariuje. Polak by takiego bezczynnego siedzenia w mieszkaniu nie wytrzymał, a co dopiero Lankijczyk, którego całe życie w zasadzie na świeżym powietrzu się toczy.

kobiety, dzieci i bezdomne psy w Sri Lance
Narazie Anurade będzie tu trzy miesiące, bo na tyle dostał wizę, ale kto wie, co będzie w przyszłości? może pobiorą się z Małgosią i zostanie tu na stałe? Tu ma lepsze warunki do życia i rozwoju. Jak nauczy się mówić po polsku, to da sobie radę. Mógłby np. pracować na taxi (bo tuk-tuków tu nie mamy), albo jako masażysta w spa, albo jako ratownik nad morzem, albo na basenie, albo chociażby w pizzerni u jakiegoś Azjaty, których wielu ma tu w Polsce swoje lokale. Zarabiałby pieniądze i mógłby stąd pomagać swojej matce. Gosia i Anurade przyjadą na jakiś weekend sierpniowy do Warszawy, to porozmawiamy więcej o ich przyszłości, planach i możliwościach. Najważniejsze, żeby Anurade dobrze czuł się w naszym klimacie, żeby smakowało mu nasze jedzenie, bo tam przecież wszystko było inne. Napisałam Gosi, że przynajmniej dzięki tym  tropikalnym upałom, jakie mamy obecnie w Polsce, Anurade będzie się czuł, jak u siebie. No bo gdyby na przykład przyjechał w grudniu, jak Chanu dwa lata temu, to mógłby doznać szoku klimatycznego i psychicznego. Ale Gosia napisała, że Anurade świetnie się czuje w chodniejszym klimacie, więc nasz akurat mu odpowiada, ale już zdążył się przeziębić i Gosia leczy go naszymi polskimi lekami. To napewno z powodu tak gwałtownej zmiany klimatu. Obawiam się, że z żołądkiem też lada moment będzie miał kłopoty, ale to wszystko jest przejściowe. Pamietam, jak my w Sri Lance na wstępie miałyśmy kłopot z sikaniem! Piłyśmy hektolitry wody ze względu na straszliwy upał, a sikania ani kropli. Dni mijały i noce, a my wogóle nie miałyśmy po co do łazienki chodzić. Po prostu żadnego sikania nie było. Maria już kilka razy w Sri Lance była, więc miała doświadczenie i takie specjalne tabletki, które należało brać codziennie po 1/4 - dała mi ich kilka i od razu pomogło, bo takie niesikanie jest bardzo niebezpieczne dla organizmu. Można dostać zatrucia wewnętrznego. Takie to są różne kłopoty przy zmianie miejsca pobytu na tej kuli ziemskiej. Małgosia dotychczas często jeździła do Anurade, do Sri Lanki i stamtąd, poprzez internet wykonywała swoją pracę. Okazało się, że na dłuższą metę tak nie da rady pracować. No więc w desperacji zabrała Anurade i przywiozła go do siebie. Ciekawa jestem, jak ta sprawa pobiegnie dalej. Życzę im, jak najlepiej.

Azjaci, specjaliści od smacznego jedzonka
                                      

środa, 25 lipca 2012

Łza na Oceanie I


Było trochę problemów z tą okładką. Pani graficzka tłumaczyła, że jej wizja była właśnie taka i jeżeli coś zmieni w projekcie, to wszystko psu na budę się zda. Tak w skrócie można ująć opinię Pani graficzki w odpowiedzi na moją prośbę o wniesienie kilku poprawek. Ale jeżeli autorce się podoba okładka na książce Pani Siwek, dodała, to znaczy, że autorka preferuje okładkę krajobrazową i ja taką mogę opracować. Otóż należy wyjaśnić, że pierwszy projekt okładki (którego nie pokażę) był autorskim projektem graficzki i zawierał mapę części Indii i w dole maleńką wyspę Cejlon, a nad tym wszystkim panował ogromny samolot w złotym kolorze i w takim ułożeniu, jakby wbijał się w tamtą ziemię. Pierwsze wrażenie było katastroficzne i przywodziło na myśl tragedię smoleńską. Każdy, komu pokazałam wydrukowany w kolorze projekt, pytał natychmiast czy to znowu coś o tej katastrofie prezydenckiego samolotu?
Wszystko, tylko nie to! - wszyscy mamy dosyć już katastrof, nieszczęść, traumy narodowej i wszelkich innych tragedii ogólnoludzkich i osobistych niepowodzeń. Jeżeli sięgamy po książkę podróżniczą, chcemy trochę radości, poznania innych miejsc na ziemi,  kultur, ludzi, jednym słowem świeżej wiedzy oraz  trochę optymizmu i pozytywnej energii, a nie dołujących wizerunków. Naprawdę, nie chciałam w żaden sposób urazić pań graficzek i być może tamten projekt w każdej innej sytuacji i w innym czasie, byłby właściwy i ciekawy, ale obecnie w naszym kraju, widok samolotu wbijającego się w ląd, kojarzy się jednoznacznie. I jakiś czas jeszcze to potrwa.

                                                              obecna  okładka

No i dzisiaj przysłano mi z wydawnictwa trzy projekty okładki krajobrazowej. Wszystkie trzy do siebie podobne i utrzymane w tej samej kolorystyce. Sprawa polegała więc na wybraniu tego, a nie innego pejzażu, no i wybrałam ten widok z góry Sigiryia.  Prosiłam o wyeksponowanie samego tytułu "Łza na Oceanie" a w podtytule mniejszą czcionką "Sri Lanka", ale Panie graficzki zrozumiały moje życzenie całkowicie odwrotnie, bądż z innego powodu jeszcze bardziej wyeksponowały "Sri Lanka" kosztem tytułu książki, jakby to był przewodnik, a nie książka. O mojej propozycji zastosowania bardziej soczystych kolorów wcale nie wspomniały, jakby nie było tematu. Ale postanowiłam się nie chandryczyć, bo doszłam do wniosku, że czym więcej będę zgłaszała uwag, tym okładka bardziej będzie tracić na swoim wyglądzie, a sprawa przeciągnie się w czasie. Ostatecznie wybrałam tą prezentowaną wyżej i niech już tak zostanie. Koniec z marudzeniem. Czekam teraz na efekt końcowy, jak to będzie we właściwej proporcji ,czyli w druku wyglądać.
Myślę, że dopiero gdy książka znajdzie się na półkach w księgarniach i empikach - odetchnę z ulgą i tak naprawdę będę mogła zabrać się do czegoś innego. To wyczekiwanie na efekt końcowy swojej pracy jest dosyć wyczerpujące i zaprząta myśli tak, że trudno skupić się na innych sprawach życiowych.
Ale już jest dobrze! Mam nadzieję, że książka zaciekawi ludzi i może więcej ich do Sri Lanki pojedzie, co bardzo korzystnie wpłynie na życie mieszkańców wyspy, borykających się z biedą po zakończeniu wojny domowej.