sobota, 8 września 2012

Tajlandia - Bangkok I

Do Bangkoku przyleciałam z Pawłem, który był umówiony w polskiej ambasadzie w swojej prywatnej sprawie, ponieważ w Colombo Polska nie ma ambasadora. Bardzo się ucieszyłam, że razem lecimy, ponieważ Paweł już kilka razy był w Tajlandii, znał miasto i realia tutejszego życia, co bardzo ułatwiało moje pierwsze kroki w tej metropolii. Już na lotnisku International Air Port Suvarnabhumi, wyjęliśmy z bankomatu tajskie bahty, bezpłatnym lotniskowym autobusem dojechaliśmy do Monument Victory, skąd wzięliśmy taxi, żeby dostać się do dzielnicy Sathorn k/Lumpini Metro. W pobliżu tej stacji metra, na Soi Saphen Khu 15, miałam internetowo zarezerwowany pokój w guesthousie "Sala Thai Dally Mansion" i mieliśmy nadzieję, że znajdzie się dodatkowy pokoik dla Pawła, żebyśmy się nie rozdzielali i nie szukali potem codziennie po całym mieście.
Welcome to Bangkok!
Oczywiście, gdybym była sama, nie szastałabym pieniędzmi na taksówki, tylko pojechała metrem, a potem szukałabym swojego guesthousu, ale Paweł nie chciał na to tracić czasu i uznał, że metrem można potem jeździć, gdy się już na luzie będzie zwiedzać miasto, bez bagaży, a jak podzielimy się kosztami, to na jedno wyjdzie. "Sala Thai Dally Mansion" polecał w swojej relacji z podróży pan Wojtek Dąbrowski, znany polski podróżnik, który na swojej stronie internetowej bardzo ciekawie prowadzi relacje ze swoich podróży po całym świecie. Bardzo mnie ta jego strona inspirowała i często na nią wchodziłam przed wyjazdem, ucząc się przy okazji języka angielskiego. Pan Wojtek bowiem pisze swoje relacje jednocześnie w języku polskim (po lewej stronie) i angielskim (po prawej stronie), zamieszcza znakomite zdjęcia ze wszystkich zakątków świata i daje dużo praktycznych rad dla samotnych podróżników, takich, jak ja właśnie.

mój hotel
Cena jednego dolara amerykańskiego wynosiła tego dnia 36 bahtów. Za pokój płaciłam 250 bahtów tj.ok 7 $ za dobę, na co Paweł zareagował uwagą,  że od jego ostatniego pobytu w Bangkoku ceny znacząco wzrosły. Ja nie narzekałam. Dla Pawła również pokój się znalazł, dokładnie naprzeciw mojego, a między pokojami, w holu stała kanapa, fotele i duża ława, na której rozkładaliśmy się potem z laptopami, gawędząc przy okazji z poznanymi w hotelu ludźmi z różnych krajów.
"na mieście"
Przez salon towarzyski, jak nazywałam ten hol, zawsze przewijali się różni goście, przysiadając na kanapie i zagadując współlokatorów. Nie wiem, czy wynikało to z towarzyskiego usposobienia gości, czy też chcieli po prostu posiedzieć sobie troszkę w holu żeby poobserwować panie owinięte jedynie w ręcznik, co i rusz przemieszczające się do wspólnej łazienki .  Faktem jest, że po powrocie z miasta, po kąpieli, bardzo miło się gawędziło z innymi podróżnikami przy kubku kawy, piwa, czy czegoś mocniejszego. Na początek podjął z nami rozmowę Anglik o imieniu Nil, który bardziej wyglądał mi na rezydenta tego domu , niż na podróżnika. Niemal całe dnie spędzał sennie w głębokim fotelu w towarzystwie swojej filigranowej, tajskiej partnerki, natomiast wieczorem przytomniał raptem i zjawiał się w salonie towarzyskim, gotowy przy szklaneczce alkoholu do rozmów z podróżnikami. Nil był sympatycznym facetem, chętnie udzielał nam potrzebnych rad i informacji.

kuchnia na ulicy
Wygłodzeni po Sri Lance, gdzie spożywaliśmy każdego dnia rice and chicken, podawane na różne sposoby, z radością rzuciliśmy się na tajskie jedzenie. Paweł obowiązkowo wziął na początek kaczkę, na którą miał apetyt już od kilku miesięcy.  Pani podała mu spory kawałek kaczki w zupie, co zdezorientowało Pawła, ale ze stoickim spokojem ją skonsumował. Następnym razem znowu poprosił o kaczkę, ale zaznaczył, żeby  nie była to kaczka w zupie i udało się, ale była to gotowana kaczka, wyjęta z zupy. W końcu trafiliśmy na knajpkę, w której podawano kaczkę po tajsku z ryżem lub kluskami i to była ta właściwa kaczka, o której od dawna Paweł marzył. Niebo w gębie! w międzyczasie jedliśmy inne potrawy, ale na kaczkę po tajsku wracaliśmy kilka razy w czasie swojego pobytu w Bangkoku i dobrze do tego dania smakuje piwo.
Seven-eleven
Generalnie, zwiedzając Bangkok, bez przerwy gdzieś na jedzenie się zatrzymywaliśmy, tacy byliśmy złaknieni urozmaiconego jedzenia. Paweł lubi eksperymenty, więc czasami brał sobie jakieś robaki i żabę. Żaba go rozczarowała. Ja byłam bardziej konserwatywna i trzymałam się potraw sprawdzonych, na czym źle nie wyszłam. W Bangkoku po raz pierwszy odkryłam sklepy seven-eleven, gdzie oprócz normalnego sklepu, jest taka lada, na której wszystko leży w pojemnikach i na tackach, a klient sam sobie kompletuje kanapkę, dobiera sałatki, pomidory, cebulę, sosy, w ilości, w jakiej zechce. Doprawia to potem czym chce, majonezem, musztardą, ketchupem i się zajada taką kanapką, na którą jest jedna określona cena, bez względu na to ile sobie czego załaduje w tą podłużną bułkę. Objadaliśmy się nieprzytomnie, ponieważ wychudzeni po cejlońskiej głodówce, nie musieliśmy liczyć kalorii. W Seven-Eleven można sie napić równięż kawy espresso, nescafe lub kawy mrożonej, kupić zimne napoje, alkohol, środki czystości, higieniczne, załadować komórkę lub kupić nową kartę, film lub kartę do aparatu fotograficznego, odbić na xero dokumenty, no po prostu wszystkie artykuły i usługi niezbędne podróżnikowi, znajdują się w jednym miejscu. Seven-Eleven tak zachwycił Pawła, że zamarzył o takiej sieci w Sri Lance.

Na Patpongu
Ale to by była rewelacja! ale niestety nie będzie. W Sri Lance nie ma takich rzeczy. Nawet chleba tam nie ma żadnego innego, poza tostowym. Potem, gdy Paweł wrócił już do Colombo, a ja zostałam w Bangkoku, dowiedziałam się, że w Seven-Eleven mogę się również zaopatrzyć w kartę z passwordem do odbioru internetu w swoim laptopie. Seven-Eleven stało się moim hitem, z którym potem spotkałam się ponownie w Singapurze i ochoczo z niego korzystałam. Po zgłębieniu tajników kursowania i samoobsługi metra oraz sky train, ruszyliśmy na zwiedzanie tego największego i niesamowitego miasta w krainie uśmiechu.
Wisky i Paweł
Paweł obiecał, że oprowadzi mnie po Bangkoku takim, jakiego sama nigdy nie odkryję, a jak on już wróci do Sri Lanki, to mogę sobie zwiedzać Bangkok po swojemu, grzecznie i z przewodnikiem w ręku. No i się działo! podzwonił gdzieś, pogadał po angielsku i umówił się z kumplem o imieniu Net, ksywka Wisky. Net, przesympatyczny Taj w schludnym, markowym ubranku , na codzień jest nauczycielem i  pracuje z głucho-niemymi dziećmi. Uczy ich w języku migowym. Wieczorem Net wprowadził nas na zamkniętą imprezę, gdzie bawiliśmy się świetnie i do upadłego. Nasz hotel bardzo dobrze rozwiązał problem późnych powrotów. Każdy, wraz z kluczem od pokoju dostaje klucz od drzwi zewnętrznych i może wracać kiedy chce, bez potrzeby budzenia gospodarza, czy gości, poprzez walenie w drzwi.

nocny targ
Mieszkaliśmy przy stacji metra Lumpini, najczęściej więc z niego korzystaliśmy i bez kłopotów, nawet nad ranem mogliśmy z centrum wrócić do domu.To bardzo ułatwiało zwiedzanie i nie trzeba było liczyć się z czasem. Byliśmy na nocnym bazarze Suan-Lum, często bywaliśmy na Patpongu, przeważnie na Soi 2 i Soi 4, gdzie w budynkach z obu stron są tylko restauracje wewnątrz i na zewnątrz. Upodobaliśmy sobie restaurację Telephone. Jedliśmy tam kolacje, piliśmy piwo i obserwowaliśmy intrygujące życie, toczące się w tym miejscu i okolicy.Sporo białych mężczyzn przesiaduje tam całymi godzinami, ale nie widać na ich twarzach rozgorączkowania i rozbieganych oczu. Siedzą spokojnie, trochę znudzeni i oczekują na to, co się wydarzy. Pewnie że sama bym tam nie poszła, ale dwuznaczna opinia w Polsce o Patpongu, jest mocno przesadzona. Byliśmy też na nocnym bazarze w Suan-Lum i na bazarze kwiatowym.

jedzonko dla bożków
Za dnia intensywnie zwiedzaliśmy atrakcje Bangkoku i załatwialiśmy sprawy w ambasadzie i na poczcie, ponieważ nigdzie nie mogliśmy znaleźć DHL, a trzeba było wysłać do Polski dokumenty. Poszliśmy też na zakupy. Głównie kupował Paweł, bo w Sri Lance nie ma takich rzeczy. Kupił też tshirty w prezencie dla Anurade i Sorange (o życiu w Sri Lance, w domu Pawła, można przeczytać w mojej książce "Łza na Oceanie-Sri Lanka", którą już można kupić przez internet lub zamówić w empiku) i jakieś ubrania dla siebie oraz kosmetyki. W Bangkoku należy bardzo pilnować swoich rzeczy, bo kradzieże są tu na porządku dziennym. Uprzedzam przy okazji, żeby ktoś nie myślał, że to jakiś raj na ziemi.

targ kwiatowy
Ja w torebce przewieszonej przez ramię, nosiłam swój paszport, dwa paszporty Pawła, swoją i Pawła kartę bankomatową, te ważne papiery Pawła z ambasady, nasze bilety lotnicze, dolary, rupie i bahty, jednym słowem byłam bardzo cennym, chodzącym po ulicach sejfem, bo przecież Paweł, jak większość mężczyzn nic w ręku nie nosił, bo to nie honor dla mężczyzny z reklamówką spacerować, a takie rzeczy w kieszeniach krótkich spodni, to byłby raj dla kieszonkowców. W pokojach hotelowych też raczej nie należy zostawiać tego rodzaju rzeczy i dokumentów. Jak to się mówi , "strzeżonego, Pan Bóg strzeże", czyli, jak się sam zabezpieczyłeś, możesz śmiało powiedzieć, że Bóg i wszyscy święci strzegli twojego bezpieczeństwa, dlatego strat nie poniosłeś. Laptopy zostawialiśmy w swoich pokojach i było ok.

Mnisi na targu
W Sri Lance schudłam ponad 20 kg, więc w końcu postanowiłam sobie coś w Bangkoku kupić z ciuchów bo wszystkie zabrane z domu były na mnie za duże, ale nic dobrać nie mogłam, ponieważ jestem sporą kobietą, a ubranka szyte są tutaj na malutkie i chudziutkie Tajki, dosłownie na anorektyczki te sukienki były. Wszystkie na mnie za małe, pomimo, że taka wychudzona byłam. Poradzili nam jechać na ostatnią stację metra Bang Sue,  bo tam ogromne targowisko ciuchowe jest. Pojechaliśmy, a tam hangary z towarami kilometrami się ciągną, coś okropnego przy temperaturze powietrza 34 stopni C! na wstępie trafiliśmy na market ogrodniczo-zwierzęcy. Wszystko tam można było kupić - maleńkie psy różnej maści, koty, żółwie, kolorowe papugi, żywe ryby, węże, kwiaty doniczkowe, ogrodowe, parkowe, krzewy i drzewa różnych egzotycznych gatunków. Całkowity zawrót głowy! w końcu trafiliśmy na ciuchowe hangary i kupiłam sobie spódniczkę oraz bluzkę, a Paweł drugi plecak, aby ten pierwszy z kosmetykami, dezodorantami i

Paweł na lotnisku
żywnością móc nadać na bagaż, ponieważ z bagażu podręcznego wszystko to by mu zabrali na lotnisku, bez zwrotu kosztów. W nowy plecak z kolei, musiał włożyć dokumenty i laptop, który w luku bagażowym mógł zostać uszkodzony. Grunt to znać lotniskowe przepisy! ja się przyznam, że nie znałam i parę rzeczy straciłam na lotnisku w innym państwie, gdy leciałam sama. Nauczkę zapamiętałam i więcej mi się to nie zdarzyło.

droga do nowoczesnego centrum
Wieczorem wróciliśmy do Centrum, na knajpkową ulicę. Odpoczywaliśmy i chłonęliśmy Bangkok wszystkimi zmysłami. Atmosferę, zapachy i tajskie smaki. Pełne odprężenie i radość istnienia.
Późnym wieczorem odprowadziłam Pawła na lotnisko, zjedliśmy tam kolację i wypiliśmy po piwku na pożegnanie, po czym Paweł odleciał do Sri Lanki. Skończyły się dobre czasy i od tej chwili musiałam sobie sama radzić w Tajlandii i w dalszej podróży po Azji.

tu wyrabia się wizy
Z lotniska wróciłam expresowym autobusem do Lumpini, ale dalej, do Sala Thai wzięłam taksówkę.
W nocy wolałam nie ryzykować i nie jeździć metrem, ani nie chodzić pieszo po małych ciemnych uliczkach. Taksówki w Bangkoku są naprawdę tanie. Tańsze, niż tuk-tuki. Następnego dnia poszłam zwiedzać miasto w zupełnie innym kierunku, niż chodziliśmy z Pawłem. Doszłam do ambasady brazylijskiej, ale dalej, wzdłuż Sathon Nua Road, jak również w urokliwych, małych bocznych uliczkach od Sathon Nua, były już same ambasady różnych państw.

tunel sky-train nad ulicą
Pojechałam obejrzeć dzielnicę biznesową z ogromnymi, szklanymi wieżowcami. Wiem, że dla podróżników to w zasadzie najmniej ciekawe miejsce do zwiedzania, ale ja lubię oglądać również nowoczesną architekturę miast.Tradycyjnie już pomyliłam dni tygodnia i gdy wybrałam się do Imigration Office na ulicę Soi Suan Plu, biuro okazało się być nieczynne z powodu weekendu. Jak ktoś taki, jak ja ma wydłużony weekend o kilka miesięcy, to naprawdę trudno się zorientować kiedy jest jaki dzień.
W Ministerstwie Sportu i Turystyki
Wędrówka nie była na darmo, ponieważ pani dyżurująca w recepcji dała mi odpowiednie druki do wypełnienia oraz informację, abym przyszła we wtorek, ponieważ w poniedziałek zawsze is very many people. Dodała też, że office jest czynne w godzinach 9.oo-17.oo. Musiałam przedłużyć wizę, ponieważ niebawem miałam zamiar ruszyć wgłąb interioru i na wyspy, a to może potrwać dłuższy czas.
Strajk pod ministerstwem
Pobyt w hotelu przdłużyłam sobie na czas nieokreślony, ponieważ nie wiedziałam kiedy wyjadę z miasta.  W Bangkoku jest bardzo dużo atrakcji do zwiedzania, zawsze jest świetna pogoda i atmosfera wśród ludzi, co powoduje, że chce się długo tam przebywać. Ilekroć wychodziłam, czy wracałam z miasta, Nil ze swoją Tajką zawsze byli w hotelu. Całe dnie okupowali ratanową kanapę w holu i oglądali telewizję. W tym miejscu również spożywali posiłki, które na zamówienie im przynoszono.
czysto i nowocześnie
Każdego ranka budził mnie piskliwy głos Tajki i mocny, dźwięczny głos Nila. Czuli się w Sala Thai nadzwyczaj swobodnie. Ale żyjemy w wolnym świecie i każdy robi to, na co ma ochotę. Rajskie życie, ale na dłuższą metę, chyba nudne.
Wat
Trafiłam do Ministerstwa Turystyki i Sportu, ponieważ tam mieści się TAT, czyli główna w mieście informacja turystyczna. Większość ministerstw mieści się przy bardzo szerokiej alei z pasem zieleni po środku, o nazwie Ratchadamnoen Nok Road. Aleja zaczyna się od placu, na którym stoi monument King Rama III-ciego. Stąd już jest blisko na słynną ulicę podróżników Khao San Road, ale trzeba od tego placu, iść w odwrotnym kierunku, niż do ministerstwa.

taksówek w bród, dlatego tanie
Nim doszłam do Ministerstwa Turystyki, musiałam minąć Ministersto Rolnictwa, a tam strajk okupacyjny się akurat odbywał. Kiwnęłam im aparatem i  zapytałam, czy mogę zrobić zdjęcie. Kiwnęli głowami, że tak, ale zaraz potem dogonił mnie taki jeden w alejce i pytał o coś, czego nie rozumiałam. Ci Tajowie ni w ząb nie znają angielskiego, bo nie chcą go się uczyć, dla zasady, a potem takie niedomówienia są.
Bangkok widziany z wody
Chociaż potem przypomniało mi się, że jak kiwają głową po naszemu na tak, to u nich znaczy, że nie, ale nie jestem pewna czy to napewno w Tajlandii tak jest. W każdym razie potem podszedł drugi, co po angielsku mówił na takim poziomie, jak ja i dogadaliśmy się. Chcieli wiedzieć kogo ja reprezentuję, czy może jakąś prasę zagraniczną? radio? telewizję? dla kogo ja piszę i te zdjęcia robię?

życie nad kanałem
Dla siebie - odpowiedziałam. I,m turist from Poland, dla siebie robię foto. No to się uspokoili i z uśmiechem poklepali mnie po ramieniu, ok, madam, ok. Może mój angielski śmieszny jest, ale zawsze się w tym języku jakoś dogadam, podczas gdy Tajowie w zasadzie tylko po tajsku lub po chińsku mówią. To już nie ze mną taka rozmowa.
widok z wody na Wat
Poszłam do tego TAT, bo skoro z nikim tu dogadać się nie można, to przynajmniej powinny dobre mapy być, a nie ma. Noszę ze sobą cztery mapy Bangkoku, ponieważ pewne ulice są na jednej mapie, a na drugiej ich nie ma. Inne z kolei są tylko na trzeciej mapie, no i jak tu gdzieś trafić? nie mówię o bocznych, małych uliczkach, ale o dużych reprezentacyjnych ulicach, które na mapach powinny być.
domy na palach
Stoję na ruchliwej ulicy, nade mną sky-train, pode mną metro, obok autobusy, samochody, tuk-tuki jeżdżą, tablicy z nazwą ulicy nigdzie nie widzę, więc pytam, what naime this street? Nikt nie wie. Pokazuję im mapę, a na niej Wat, przed którym stoimy i pytam, czy to ta street? czy ta? i pokazuję na mapie. Nikt nie wie. Są mili, sympatyczni, ale naprawdę nie wiedzą. Jaka to ulica, co na niej stoimy? chyba wiecie po jakiej ulicy chodzicie? what naime? Patrzą tępo w mapę, obracają ją na wszystkie strony i nic. Na mapach się nie znają, czy co? Przecież to wasze mapy, nie moje. Stoisz na ulicy człowieku i nie wiesz, gdzie jesteś? tragedia!

Wat nad wodą
Sporo ulic jest o tej samej nazwie tylko inne człony mają dodane lub numery, a na mapie to wszystko jest poplątane. To samo miejsce, na każdej mapie inną nazwę nosi. Np. jest Charoen Rat Road, a na drugiej w tym miejscu: Charoen Krung Road, za to na trzeciej wyraźnie napisane, że to Charoen Nakhon Road, następnie już tylko idą: Soi Charoen 2, Soi Charoen 5 itd. Jak oni do swoich domów trafiają? zachodziłam w głowę. Generalnie zawsze w końcu doszłam, gdzie chciałam, ale przez te zmyłki, sporo czasu niepotrzebnie traciłam.

dysproporcje
W Imigration Office w dniu 28 kwietnia przedłużyli mi wizę do 18 lipca, ale zanim to się stało, musiałam przebrnąć przez dociekliwe pytania. Z Tajami o pogodzie  trudno się rozmawia, więc można sobie wyobrazić wymianę zdań z urzędnikami, prawda? Na wstępie chcieli wiedzieć czym przyjechałam do ich krainy szczęśliwości i czy mam bilet powrotny. Pokazałam oba bilety.

przystań łodzi rzecznych
Jeden z Cathay Pacific, z którym tu przyleciałam i drugi z LOT-u, z którym będę wracała do Polski. Problem wielki powstał, dlaczego mam dwa bilety? open ticket z Polski pozwoli mi wrócić do kraju, tłumaczę cierpliwie, a Z Cathay Pacific przyleciałam do Tajlandii. To teraz do Polski wracam, czy do Sri Lanki? pytali zdezorientowani. Z Tajlandii do Indonezji pojadę, odpowiadam zgodnie z prawdą.

brzegi z obu stron zabudowane gęsto
To po co mam do Sri Lanki powrotny z Cathay Pacyfic? - bo to wy macie takie przepisy, że jadąc do was, trzeba mieć powrotny bilet i dlatego taki mam, już ledwo nerwy na wodzy trzymałam. Z samolotu by mnie tutaj nie wypuścili, gdybym nie miała powrotnego. Wreszcie coś do nich dotarło. Drapali się jeszcze w głowę, patrzyli w sufit, myśleli, myśleli i w końcu wbili mi wizę.

randka w rzece
Zależało mi na tej wizie, bo zwiedzania dużo, a ja nie lubię się spieszyć. Mam swój sposób w poznawaniu nowego i nie będę pędem od atrakcji do atrakcji biegała. Moja podróż jest innego rodzaju. Założyłam, że mam czas do końca życia. Spokojnie przemieszczam się z miejsca na miejsce, zwiedzam co mnie interesuje, smakuję życie w danym mieście, hotelu, na plaży, na ulicy. Lubię mieć psychiczny komfort spokoj i poczucie

Buddyści na pokładzie
ogromu czasu przede mną, który wypełniam w swoim własnym rytmie. Dlatego podróżuję sama. Znowu przedłużyłam u madam pobyt w Sala Thai i zaczęłam zwiedzać wszystkie miejsca, które do tego czasu opuściłam. Popłynęłam łodzią kanałami wokól całego Bangkoku i polecam wszystkim widoki miasta oglądane od tej strony . Niezapomniane wrażenia.

widok z wody na nowy Bangkok


czwartek, 6 września 2012

Jeszcze co nieco w temacie

Nie mogę skończyć opowieści o Singapurze, nie wspominając o świętach obchodzonych uroczyście przez różne mniejszości narodowe, a może większości? Otóż Singapur ma tak wielonarodościowy charakter, że trudno zdefiniować jego narodowość główną. Singapurczycy sami się określają, jako "jeden naród-wiele ras". Z danych pochodzących z 2000r wynika, że większością nie są na wyspie Malajczycy, jak można by sądzić z położenia Singapuru i jego dawnej przynależności do półwyspu malajskiego, a Chińczycy!

różnica czasu
Patrząc na różnice czasu w poszczególnych metropoliach tamtego obszaru geograficznego, widać że taki sam czas mają Singapur i Pekin. To już pierwsza rzecz, która ich łączy. Wracając do danych liczbowych, wyliczono, że w Singapurze mieszka 76,8% Chińczyków, a tylko 13,9% Malajów! reszta to Hindusi, Arabowie i inni, często pochodzący z Europy, stali mieszkańcy miasta lwa. Stąd zapewne dzielnica chińska jest tak duża i zasobna, bo nacja ta dyktuje warunki w życiu miasta i biznesie.

urocze uliczki i hoteliki
Urocze domki chińskiej dzielnicy są kolorowe i pełne sklepików, aptek i małych hotelików. Najwięcej Chińczyków przybyło do Singapuru w XIXw, za czasów Thomasa Stamforda Rafflesa i to on wyznaczył miejsce, gdzie nowi przybysze mogą się osiedlać. Miejsce to, nad rzeką Singapur,  okazało się atrakcyjne, dlatego w XXw tam właśnie rozbudowała się dzielnica biznesu. Teraz chodząc między strzelistymi wieżowcami, można raptem skręcić w małą, cichą, kolorową chińską uliczkę i znaleźć się w innym świecie.

większość domów odnowionych
Kiedyś były to zaniedbane stare uliczki chińskich imigrantów i zaczęto wyburzać ich domy pod nowoczesne wieżowce. Na szczęście ktoś władny zorientował się, że zatraca się przez to tożsamość społeczności pochodzącej od pierwszych osadników i historię Singapuru. Wstrzymano wyburzanie, wyremontowano stare domy, które teraz tworzą interesujący koloryt miasta między szklanymi wieżowcami biurowców i firm.

tu króluje jedzenie
Patrząc na ilość kafejek i ulicznych miejsc gotowania i spożywania jedzenia śmiem podejrzewać, że tutejsi mieszkańcy wogóle nie gotują potraw w domu, tylko całymi rodzinami żywią się na ulicy. To ogromna zaleta, ponieważ kobiety nie tracą czasu na zakupy produktów żywnościowych, na przebywanie godzinami w kuchni, gotowanie, zmywanie naczyń i sprzątanie, tylko zajmują się bardziej przyjemnymi sprawami. Przebywają dużo na świeżym powietrzu, odpoczywają lub uprawiają jakiś sport, albo też spotykają się z przyjaciółmi. Bardzo mi przypadł do gustu taki styl życia.

ParkView Squar
Połączenie nowoczesnego stylu zabudowy z dawnymi, przycupniętymi przy ziemi domkami, powoduje, że miasto ma swój własny charakter i styl, którego darmo szukać w Europie. Chińska dzielnica, w jakimkolwiek kraju azjatyckim się znajduje, jest zawsze najbardziej kolorową dzielnicą w mieście i pozytywnie działa na samopoczucie człowieka. No i te rozchodzące się zapachy potraw i przypraw! niepowtarzalne wrażenie. Można jeść i jeść co parę kroków, a nie tyje się od tego jedzenia, co jest sprawą zasadniczą dla mnie osobiście. Polubiłam też specyficzne dla tamtego regionu sklepy Seven-Eleven i bardzo często z nich korzystałam, szczególnie w porze śniadania.

"7eleven"- czyli Seven-Eleven
Otóż w Seven-Eleven można kupić produkty żywnościowe, częściowo drogeryjne i prasę, ale również zjeść sobie śniadanko.Z boku jest specjalna lada, na której w różnych pojemnikach znajduje się pieczywo, masło, różne sałatki, jajka, grzeją się parówki i stoi express do kawy. Każdy sam bierze sobie specjalne tacki, plastikowe sztućce czy tekturowe pojemniki, kubki itd i kompletuje sobie posiłek. Cena jest jedna na porcję pokazaną na obrazkach, wybieramy zestaw z parówkami, jajkami, czy kawałkiem kurczaka, ale ile sobie na tą porcję włożymy w kanapkę różnych sałatek i przypraw, to już nasza sprawa. Wszystko mieści się w cenie. No i sami robimy sobie kawę, kto chce, dodaje śmietanki czy cukru, a kto nie, to nie, i spokojnie zjadamy sobie na ulicy bardzo tani i pożywny posiłek. Stałam się fanką Seven-Eleven!

stoliki na ulicy
Z takim śniadankiem można sobie spokojnie usiąść przy takich oto kolorowych stolikach bez lęku, że właścicielowi się to nie spodoba i każe odejść, skoro nie jest się klientem jego lokalu. Absolutnie, nikogo taka uwaga nie dosięgnie, bo wszyscy są tu sympatycznie nastawieni do ludzi. Najwyżej jeszcze serwetkę poda w razie potrzeby. I jak tu nie polubić Azji? Na dodatek chodząc po, lub siedząć na ulicy, zawsze, ale to zawsze natknie się człowiek na jakieś kolorowe widowisko, bo ulice żyją od rana do nocy przeróżnymi wydarzeniami, uroczystościami, przemarszami, wiecami i innymi spotkaniami, ponieważ Azjaci uwielbiają bycie w gromadzie i gromadnie swoją wiarę, cześć czy protest demonstrują. Są pokojowo nastawieni i dobrze zorganizowani w swoich manifestacjach. Ja natrafiłam akurat na chińskie święto smoka.

smok obnoszony po mieście
Młodzi ludzie z całą celebrą oddają się świętowaniu zwyczajów swoich przodków i swojej wiary. Jednakowo ubrani, oczywiście na czerwono, bo to wyjątkowy dla Chińczyków kolor i najczęściej stosowany , najczęściej połączony ze złotym i żółtym, kroczą radośnie przez miasto, demonstrując swoje przywiązanie do narodowej tradycji. 

za smokiem idą bębniarze
Nie obyłoby się przecież bez muzyki. Cięższe instrumenty muzyczne jechały na specjalnych paletach na kółkach, bo po co się męczyć tam, gdzie nie trzeba się nie męczyć? Na czas przemarszu ulice nie były zamykane, ani uczestnicy nie byli w żaden sposób chronieni przez policję. Samochody sunęły wolno brzegiem jezdni lub zatrzymywały się i kierowcy przeczekiwali korowód, z uśmiechem się mu przyglądając.

jakieś rybki towarzyszą smokowi?
W chińskiej dzielnicy znajduje się również sporo świątyń, ale najstarszą z nich jest Thian Hock Keng Temple, którą zbudowano w 1842r. Materiały i wizerunki bóstw do Świątyni Niebiańskiego Szczęścia, bo przecież Chińczycy tak górnolotnie nazywają wszystkie swoje obiekty użytku publicznego, sprowadzono z Chin statkami. Sama świątynia jest piękna i kolorowa, ale również piękny jest teren wokól świątyni. Zieleń starych drzew daje cień pagodom znajdującym się na dziedzińcu, a wokół rozchodzi się ciepły, aromatyczny zapach kadzideł. Chińskie świątynie mają to do siebie, że nigdy nie stoją samotnie. Zawsze towarzyszą im pagody i inne dodatkowe budowle, jak np. tori? taka czerwona brama z drewna, z wydatnym gzymsem, która wiedzie znikąd do nikąd. Dla mnie. Dla Chińczyków być może to ona wiedzie do nieba? muszę o tym poczytać. Wszędzie też są lampiony (obowiązkowo czerwone), kadzidła, kolorowe parasolki, girlandy i różne inne akcesoria niezbędne do świętowania.

skwerek w chińskiej dzielnicy
Chińska dzielnica ma też swoje muzea i galerie sztuki oraz Świątynię Zęba Buddy. Gdy byłam w Sri Lance i zwiedzałam taką świątynię (opis i zdjęcie w mojej książce "Łza na Oceanie-Sri Lanka"), zapewniano mnie, że przechowywany tam jest autentyczny ząb Buddy. W Singapurze nie byli tego już tak pewni, ale w końcu Budda miał pełen garnitur zębów i parę krajów ze swoimi wyznawcami mógł spokojnie w swoje autentyczne zęby zaopatrzyć, aby w świątyniach mu poświęconych mogli je, jako relikwie przechowywać.

rynek kwiatowy
Warto odwiedzić Centrum Dziedzictwa Chinatown na Pagoda Street nr.48, w którym przedstawiono życie tej dzielnicy od początku jej istnienia. Sama ulica jest bardzo ciekawa do zwiedzenia i posiada interesującą historię, a w Centrum Dziedzictwa można się poczuć, jak w dawnych czasach. Zresztą na gwarnym targowisku na tej ulicy, również mamy wrażenie cofania się w czasie. Pewien chiński bogacz Eu Tong Sen, kupił całą ulicę w Singapurze i wybudował w 1928r swojej żonie operę, żeby mogła słuchać kantońskiej opery w otoczeniu chińskich wnętrz, strojeń i statuetek. Obenie nie ma tam już opery, ale został ciekawy budynek z wizerunkami znanych chińskich gwiazd operowych. No i ulica, którą nazwano nazwiskiem tego rzutkiego Chińczyka. Nie wiem niestety, czy żyją w Singapurze potomkowie Eu Tong Sena i czy ta ulica z budynkami, nadal jest własnością rodziny.

ulica w Little India
Wprawdzie chińska dzielnica dominuje w Singapurze i z uwagi na swoje położenie jest najbardziej widoczna, ale Singapur ma też swoją dzielnicę Little India , w której hinduskie tradycje są surowiej przestrzegane, a nie tylko od święta, jak w chińskiej i Arab Quarter, czyli dzielnicę arabską, której ulice i meczety pokazywałam już w poprzednich rozdziałach, a tradycji przestrzega się tam jeszcze bezwzględniej.

Hinduska świątynia
Powyżej widać, jak hinduska świątynia opleciona została nowoczesnymi budynkami mieszkalnymi i biurowcami. Ale działa cały czas i Hindusi się w niej zbierają na modły. Spacerowałam z przyjemnością ulicami Orchad Road (mieści się na niej Ambasada Indonezji), Rohor, Waterloo, bo tam nowoczesność najbardziej bezpośrednio stykała się ze starą architekturą i co krok spotkać można było coś ciekawego. Tam również mieszczą się ośrodki kulturalne, galerie, muzea, wyższe uczelnie.

Singapur nocą
O Singapurze mogłabym w nieskończoność, ale czas już kończyć prezentację "mojego Singapuru". Jest to jedno z miejsc, w którym mogłabym zostać do końca życia, ale tak wolnego wyboru jeszcze nie ma na tym świecie, więc czas wracać do domu.

Lotnisko Changi w Singapurze
Ogromne i sterylnie czyste lotnisko Changi, z którego można lecieć w każdą stronę świata. Thomas Stamford Raffles marzył o zbudowaniu na tej ziemi miasta, które będzie największym portem, do którego zawijać będą statki z całego świata, a nie wiedział, że Singapur stanie się w XXw największym lotniskiem przesiadkowym dla podróżujących tą drogą ludzi, chociaż port nadal spełnia swoją rolę, i nie tylko w wymianie towarów. Mały Singapur z wielkimi możliwościami ,realizuje marzenia ludzi różnych narodowości.

poniedziałek, 3 września 2012

Thomas Stamford Raffles

Thomas Stamford Raffles urodził się 6 lipca 1781r na pokładzie statku. Już sam ten fakt można było uznać za zapowiedź, że wyrośnie z niego człowiek oddany morzu. Pomimo, że był synem kapitana statku, jego wielodzietna rodzina ciągle borykała się z biedą. Stamford już jako małolat musiał zarabiać pieniądze, zamiast chodzić do szkoły. Ale pęd do nauki miał, więc sam w wolnych chwilach uczył się języka francuskiego oraz przerabiał program college,u, jednocześnie pracując jako goniec dla Kampanii Wschodnio indyjskiej w Londynie. Wybijał się spośród innych młodych pracowników na tyle, że w wieku 24 lat, powierzono mu stanowisko zastępcy sekretarza Rady Wyspy Penang na półwyspie malajskim.

luksusowy hotel im.Rafflesa
Penang to wyspa, na której w pierwszych latach kolonizacji, osiedlali się Anglicy. Singapur wówczas również należał do półwyspu malajskiego. Byłam na wyspie Penang, w pięknym, kolonialnym mieście George Town. Obecnie wyspa Penang połączona jest mostem z lądem Malezji i nadal wchodzi w skład tego państwa. Pierwotnie Penang należała do Sułtanatu Kedah. W 1786r sułtan podarował wyspę Kompanii Wschodnio indyjskiej, dlatego Kompania mogła decydować o obsadzaniu stanowisk w administracji Penang w latach, gdy młody Raffles dla niej pracował.

Raffles City
W XIXw półwysep malajski wstrząsany był wewnętrznymi konfliktami i wówczas niektóre państewka malajskie prosiły Anglików o pomoc w ich rozwiązywaniu. Thomas Stamford osiedlił się na wyspie z dopiero co zaślubioną żoną, w 1805r. To był naprawdę zdolny i pracowity młody człowiek. Zaraz po objęciu stanowiska, zaczął naukę języka malajskiego i jego narzeczy, aby móc osobiście  porozumiewać się z Malajami. Zgłębiał historię  i obyczaje Malajczyków.

wnętrze hotelu
Polubił miejsce i ludzi i wszystko co robił, czynił dla ich dobra. Anglicy ciągle konkurowali z Holendrami, którzy mieli silne wpływy w rejonie Malakki o miejsce, z którego wiódłby najdogodniejszy szlak morski do Chin. W 1795r Anglicy odbili Holendrom Malakkę, którzy znowu ją zaanektowali, ale w 1807r Malakka ostatecznie przeszła w ręce Anglików i tym razem pozostali tam długo. Stamford nadany przez Anglików był ogólnie lubiany przez Malajów, chociaż osobiście mu się nie wiodło w tej azjatyckiej krainie. Zniósł prawo do tortury, oraz  niewolnictwo, co Holendrzy w okresie swoich rządów tolerowali. W swojej codziennej pracy zawsze czynił  starania, aby życie Malajów stało się lżejsze do zniesienia. Miał w sobie żyłkę społecznikowską, co było rzadkie w tamtych czasach.

Raffles Hotel wieczorem
Przez zwierzchników został doceniony i awansowany. Został zastępcą gubernatora wyspy.W 1815r Anglicy zrzekli się jednak praw do wyspy Penang i Raffles wrócił do swojej ojczyzny. W Królestwie Brytyjskim wiedzieli (ciekawe skąd, skoro nie było jeszcze mediów telewizyjnych i telefonów komórkowych?) o rzetelnym działaniu na powierzonych mu stanowiskach w Azji, wynagrodzono Rafflesa za sumienną i humanitarną pracę i nadano mu tytuł szlachecki.

wnętrze Hotelu Raffles
Sir Stamford Raffles, mówiono teraz do niego. Taaak, były to ciężkie czasy, ale doceniano wówczas uczciwą pracę ludzi, niezależnie od tego, od jak niskiego stanowiska zaczynali  i czy posiadali dyplom uczelni, czy nie. Jego praca i współżycie z ludźmi świadczyło o jego fachowości na powierzonym mu stanowisku. W 1818r Raffles znowu wrócił do Azji, tym razem, jako zarządca Bencoolen i zaczął szukać dogodnego miejsca na placówkę dla Kampanii Wschodnioindyjskiej.

wnętrze Hotelu Raffles
Ciągle zamierzał uniezależnić Anglię od portów holenderskich i poszukiwał dogodnego szlaku do Chin. Bliscy mu byli Malajowie i w tamtym kierunku patrzył, aż wypatrzyl wyspę położoną na krańcu półwyspu malajskiego, którą zasiedlało około 500 rdzennych mieszkańców zwanych orang laut i kilkunastu Chińczyków. Wyspa nazywała się Singapur.

wnętrze hotelu Raffles
Na początku 1819r Kampania Wschodnioindyjska podpisała z sułtanem Johor, do którego wyspa należała, odpowiedni traktat o rocznej opłacie za korzystanie z wyspy, dorzuciła mu dotację na wybudowanie nowego meczetu i stała się właścicielem Singapuru. Powstał nowy rynek zbytu z dogodnym dostępem do portów dla kupców. Powstawały magazyny, sklepy, składy, bazary, co przyczyniało się do rozwoju Singapuru w bardzo szybkim tempie. Budowano domy mieszkalne i urzędy.

osobowy środek transportu w ówczesnym Singapurze
 
Stamford Raffles dopiął swego. Znalazł odpowiednie miejsce na dogodny port, stworzył miasto Singapur, w którym osiedlali się ludzie mający zamiar tam żyć i pracować, przyczyniając się do rozwoju miasta. Sam Raffles wycofał się z wyspy i powrócił do Anglii. Swoją pionierską pracę w Azji opłacił nieszczęściami osobistymi. Zmarło mu troje dzieci z powodu malarycznego, wilgotnego powietrza azjatyckiego. Ostatnią, pozostałą przy życiu córkę odesłał na szczęście do Anglii.

patio
 
Gdy wraz z żoną wracał do kraju, na statku wybuchł pożar.  Rafflesowie ocalili życie, ale spłonął ich dorobek gromadzony przez lata życia i pracy w Azji. Nie było mu dane dożyć spokojnej starości. Zmarł w Londynie na apopleksję w dniu 5 lipca 1826r w wieku 45 lat.  Aż dziw, ile zdążył dobrego uczynić w tak krótkim życiu. Przez 28 lat zaledwie, gdy to w siedemnastym roku życia został gońcem w Kampanii Wschodnio indyjskiej. Nie dziwię się, że taką mu cześć oddają i Malezyjczycy i Singapurczycy. Bardzo dużo obiektów publicznych nosi tam jego imię i sporo pomników mu postawiono. Chyba nie ma miasta, w którym nie byłoby ulicy Thomasa Stamforda Rafflesa.

Malowidło przedstawiające Hotel Raffles w dawnych czasach
 
Japończycy zaatakowali Singapur ostatniego dnia stycznia 1942r i zadufani w sobie parli do przodu, pomimo stawiania silnego oporu przez Singapurczyków, Anglików i Australijczyków. Dopiero w 1945r, po zrzuceniu bomb przez Amerykanów na Hiroszimę i Nagasaki, Japończycy opamiętali się i zrozumieli, że nie zawładną Azją, podobnie jak Niemcy Europą. Pokonani Japończycy wrócili do domu. Ale prawdziwą niezależność Singapur zyskał dopiero 9 sierpnia 1965r i od tej pory prężnie się rozwijał, uzyskując dobrobyt dla swoich obywateli. Jest najbardziej rozwiniętym państwem-miastem wśród krajów azjatyckich i wcale nie spuszcza z tonu. Zwą go azjatyckim tygrysem.

nowe ze starym w zgodzie stoi
 
Ciekawa jestem, czy Thomas Stamford Raffles tworząc miasto portowe na zaniedbanej wyspie, marzył, że w przyszłości będzie to wspaniałe, piękne, zasobne i niezależne państwo, liczące się na arenie międzynarodowej pod względem gospodarczym i kulturalnym. Ale Singapur wciąż o nim pamięta.

niedziela, 2 września 2012

Festiwal Kultury Żydowskiej

Warszawa Singera, trwa już od 25 sierpnia  i właśnie dzisiaj się kończy. Bywam na wszystkich ciekawszych wydarzeniach i imprezach dziejących się w stolicy, ale na dwóch z nich muszę co roku być bezwarunkowo. Są to Warszawa Singera i Międzynarodowe Targi Turystyczne. Pierwsza z imprez właśnie się kończy, a druga zaczyna się pod koniec września. Akurat wrócę z Rzymu i na pierwszy dzień się spóźnię, ale nie ma to znaczenia, gdyż pierwszy dzień przeznaczony jest dla firm turystycznych. Natomiast teraz uczestniczyłam już po raz nie wiem który w Festiwalu Kultury Żydowskiej i przyznaję, że z roku na rok jest on bardziej urozmaicony. Uwielbiam to ich święto!

wejście do Teatru Żydowskiego
 
Pani Gołda Tencer jest niezwykle miłą, ciepłą osobą i bardzo kontaktową. W zeszłym roku zabrakło dla mnie wejściówki na jeden ze spektakli w Teatrze Żydowskim podczas tego festiwalu, Gołda Tencer podeszła do mnie, wzięła mnie za rękę i powiedziała: chodź, ja Cię wprowadzę, będziesz moim gościem. I wprowadziła mnie na salę, znalazła dla mnie miejsce i powiedziała, że cieszy się, że zechciałam przyjść na spektakl . Niesamowita kobieta! Przecież zupełnie mnie nie znała!
 
w holu teatru
Festiwal Singera wypełniony jest w tym roku międzynarodowymi sztukami teatralnymi i koncertami. Można było obejrzeć i wysłuchać Judith Magre z Francji w sztuce "Just in time to pack a few things", monodram "Konstrukcje Debory Vogel" w wykonaniu Sylwii Najah, czyli traktat we wnętrzu i na peryferiach życia, jak również "Nic nowego pod słońcem" w wykonaniu Sławomira Hollanda. Był też oczywiście obecny teatr Nephesh z Izraela ze sztuką "Gimpel the fool" opartej na literaturze jidysz Isaaca Bashevis Singera oraz

kawiarenka w Teatrze Żydowskim
 
"Ach! Odessa-Mama" w reżyserii Jana Szurmieja. Najbardziej wzrusza mnie jednak muzyka klezmerska i ich tańce. Całą noc mogłabym uczestnicyć w takich koncertach. Jest to muzyka zupełnie wyjątkowa, poruszająca do głębi zmysłów. Różnorodność i specyfika kultury żydowskiej jest naprawdę porażająca.
 
Shabat Shalom
 
Na skwerze przy Placu Grzybowskim, jak co roku zorganizowano poczęstunek dla publiczności, z poszanowaniem, na bielutkich obrusach, przy palących się świecach. Wprawdzie nie uczestniczyłam w tym poczęstunku, bo ilość chętnych przekraczała ilość miejsc, a ludzie czekali na krzesło przy stole już kilka godzin wcześniej, więc nawet nie próbowałam się tam dostać. Ale udało mi się zrobić kilka zdjęć przed rozpoczęciem posiłku szabasowego i podczas jego trwania.
 
w oczekiwaniu na poczęstunek
 
Były przemowy, szabasowe świece, czerwone wino i śpiewy. Przy tym baaardzo długim stole świętowano wspólnie szabas, jak z jedną wielką rodziną. Na stole pojawiły się potrawy kuchni żydowskiej i mnóstwo owoców. Na szczycie stołu siedziała Gołda Tencer i Etel Szyc oraz jeszcze kilka znanych osobistości znanych w środowisku, ale ja niestety nie znam ich nazwisk. Gościem honorowym był Joshua Nelson.
 
prowadzący

Jak widać powyżej, mało co nie zgnieciono Gołdy Tencer przy stole, taki był tłok, każdy chciał wszystko widzieć i robić zdjęcia. Chwilami było to niemożliwe, więc poszłam do znajdującej się obok "Fotka Cafe" złapać oddech i wypić małe piwko. Joshua Nelson specjalizuje się w muzyce kosher gospel, którą bardzo lubię i mam zamiar wysłuchać niedzielnego koncertu na zakończenie festiwalu. Ten koncert finałowy z The Anakronic Electro Orkestra, ma się odbyć na Placu Grzybowskim dla wszystkich za free.

spokój i widok na wszystko

 

Ale na terenie odbywającego się święta, nie było tak czysto, ładnie i spokojnie. Cała Warszawa jest bowiem rozkopana ze względu na budowę autostrad, nowej linii metra, jak również remontów ulic. Cały kwartał ulic, w którym znajduje się Plac Grzybowski i ulica Próżna nie wyglądał z tego powodu jak należy.

widok na ulicę Próżną

 

Organizatorzy i współorganizatorzy, których było bez liku, potrafili wykorzystać istniejącą sytuację na korzyść święta, umieszczając wystawy, sklepiki, knajpki z piwem, kafejki i co tylko się da, w istniejących zrujnowanych budynkach, przy ścianach remontowanych obiektów, w starych bramach itp.


pijalnia wina
Czułam się, jakbym w innym wymiarze się znalazła, w czasach sprzed II wojny światowej, której wprawdzie nie pamiętam należąc do powojennego pokolenia, ale mimo to odczuwało się dawną atmosferę żydowskiej warszawskiej ulicy. Można było odnieść wrażenie, ze to nie obecne remonty i panujący w związku z tym ogólny bałagan jest na ulicach, ale że to specjalna instalacja na to żydowskie święto zaprojektowana została.

tak to wyglądało
 
I nie były to atrapy. Rzeczywiście bajgle tam można było kupić, koszerne jedzenie, wino i piwo wypić oraz nabyć wiele innych artykułów związanych z życiem i kulturą żydowską. Wieczorem Kayah, nasza znana i lubiana piosenkarka, dała koncert na Placu Grzybowskim z Transoriental Orchestra, w bardzo ciekawych aranżacjach. Wiele tam z pośpiewu klezmerskiego było. Kayah tak potrafi. Zmieniać tonację w zależności od potrzeb.

no i tak też
Bardzo ciekawy był muzyczny spacer śladami Janusza Korczaka. Spacer odbywał się z przewodnikiem i grupą muzyczną, na której czele stał Daniel Kahna z Niemiec. Idąc śladami Korczaka i jego dzieci, to bardzo smutny marsz. Gdy towarzyszy temu klezmerska muzyka, wrażenie się zwielokratnia. Smutno jakoś.

Pomnik Janusza Korczaka z dziećmi

Spacer odbywał się w sobotę, pod nazwą "Warszawa jest moja i ja jestem jej" i prowadził po pamiętnych i znaczących miejscach żydowskiej Warszawy. To nowość. W zeszłych latach tego nie było w Festiwalu.

wystawa z dawnych lat

 Dzisiaj jest niedziela i ostatni dzień święta. Po południu wybieram się na ulicę Próżną, na której od wczoraj trwa  wielki jarmark żydowski, który jest bardzo barwny, przypominający dawne czasy opisywane przez Singera i tak bardzo charakteryzujący społeczeństwo żydowskie.

dawna redakcja gazety 
 
W tym ostatnim dniu organizatorzy nie odpuścili sobie, lecz dali bardzo urozmaicony program. Będzie więc  zwiedzanie z pracownikiem Muzeum Historycznego, Januszem Sujeckim, ulicy próżnej, z Bolesławem Zającem, przewodnikiem zainteresowanym tematyką żydowską zwiedzanie Synagogi Nożyków oraz spacer z Janem Jagielskim "Śladami Singera i innych pisarzy żydowskich".

rodem z PRLu, w tle: pralka Frania

Będzie też spotkanie z  Naczelnym Rabinem Polski, Michaelem Schudrichem oraz spacer po sąsiedniej dzielnicy związanej ze społecznością żydowska, po Muranowie. Bardzo lubię spacery z panem Jerzym Majewskim, który wspólnie z Tomaszem Urzykowskim od lat oprowadzają nas po różnych zakątkach Warszawy, opowiadając niezwyle ciekawie historię naszej stolicy.

kafejka w teatrze
Wydali wspólnie kilka książek i spacerowników po Warszawie i po dzielnicach miasta. Ja mam z autografem "Spacerownik Warszawski" wydany wspólnie przez tych panów, przy współudziale pana Dariusza Bartoszewicza. Bardzo ciekawi i zaangażowani warsavianiści.

w teatrze żydowskim
Zapomniałabym powiedzieć, że w tym roku Warszawa Singera wyszła poza dzielnice Wola i Muranów. Część atrakcji ma również miejsce na Pradze i na Wiśle! Muzeum Historii Żydów Polskich zorganizowało rejs statkiem po Wiśle, w którym niestety nie wzięłam udziału. Jestem pewna, że była to świetna impreza.

to nie ten stateczek
To wprawdzie nie ten stateczek, bo to jest tramwaj wodny, a zdjęcie zrobiłam wczoraj z placyku pod Centrum Kopernika, ale tak właśnie wygląda Wisła widziana z dzielnicy Powiśle. W tle most Świętokrzyski i Stadion Narodowy po drugiej stronie rzeki.

powrót na ulicę Próżną
Na tym statku ma występować Warszawskie Combo Taneczne Janusza Młynarskiego z przedwojennymi szlagierami! Żałuję, że nie mogę tam być, może w przyszłym roku, jeśli jeszcze będę w kraju.

tu przygrywał pianista
W Warszawie pogoda fatalna, niebo ciągle zasnute, raz gorąco, raz zimno, więc zaziębiłam się, mówić nie mogę, gardło, jak nie moje. Straszne rzeczy. Dlatego nie mogłam uczestniczyć we wszystkich wytypowanych przez siebie atrakcjach Festiwalu Singera.

uczta na całego

Ale teraz, po południu jadę jednak na Próżną, żeby chociaż jarmark obejrzeć i  koncert klezmerski wysłuchać. Na następną taką okazję znowu cały rok trzeba przecież czekać.