piątek, 17 sierpnia 2012

Różne inne ciekawostki


Mogłabym już zakończyć temat indonezyjskich wędrówek, ale niesposób nie wspomnieć o bardzo ważnej ceremonii, odbywającej się niemal każdego dnia na wyspach - palenie zwłok. Moim zdaniem jest to niesamowita i trochę makabryczna historia, że w XXIw takie ceremonie regularnie się odbywają.

                                    stos kremacyjny

Indonezyjczycy są przekonani, że ludzka dusza ma ciało pożyczone tylko na czas życia na ziemi, a po śmierci musi to ciało oddać, żeby się od życia uwolnić. Uwolniona od doczesnego życia i dotychczasowego ciała, może ona na ziemię powrócić w życiu następnym i w nowym wcieleniu. Tak to chyba w wielkim skrócie wygląda. Ja bynajmiej tak zrozumiałam ten obrzęd. Takie palenie zwłok powinno odbyć się bezzwłocznie po zejściu człowieka z tego świata, ale niestety, nie jest to możliwe, ze względu na tłok panujący w żegnaniu się z tym światem przez wiele osób. W takiej sytuacji, nieboszczyk chowany jest chwilowo na lokalnym cmentarzu tymczasowym, a gdy nadejdzie jego kolej i rodzina zbierze odpowiednie fundusze (bo to droga ceremonia jest) lub złoży się z innymi rodzinami na wspólne palenie (co wychodzi taniej), wówczas taka ceremonia ma miejsce.

                                                      wieża wadah, zwana też bade

Taka ozdobna, kolorowa wieża wykonana jest nieraz z drewna, ale wtedy jest ciężka, więc najczęściej robią ją z bambusa. Wieża reprezentuje kosmos i każda ozdoba, każdy szczegól wbudowany w nią, ma swoje znaczenie. Podstawa zazwyczaj odzwierciedla wszechświat, platforma - świat między niebem, a ziemią, a dach wieży - niebo. Kremacja zaczyna się dopiero wtedy, gdy słońce minie zenit. Liczba pięter dachu informuje nas, z jakiej kasty pochodził zmarły. Oczywiście, czym wyższa kasta, tym wyższa wieża, ale dach musi składać się zawsze z nieparzystej ilości pięter. Mężczyźni niosą wieżę z wiodącą w tym obrzędzie osobą zmarłą, a na czele tego pochodu kroczą kobiety z darami. Za wieżą idą pozostali uczestnicy ceremonii. Na takiej uroczystości zawsze jest obecny gamelan.

                                  uczestnicy kremacji

Mężczyźni niosący wieżę kremacyjną, wymieniają się po drodze, ponieważ nie jest łatwo nieść coś tak wąskiego i wysokiego. Wieża chwieje się w powietrzu, szczególnie gdy dźwigający obracają się razem z nią kilkakrotnie na każdym skrzyżowaniu, aby zmylić drogę kołaczącej się duszy. Taką zmyłkę drogi robią po to, aby dusza zabłądziła i nie mogła wrócić na ziemię. Na zdjęciu powyżej, widać kawałek plecionego kosza. Otóż w tym koszu znajdowały się kury, które wypuszczono na wolność podczas kremacji, ponieważ taki czyn symbolizuje, że dusza została uwolniona.

                                   a stosy płoną, płoną.....

Potem stosy płoną i wszyscy z zaciekawieniem obserwują cały ten proces, a już turyści w szczególności. Uczestnicy takiego pogrzebu nie płaczą, żeby dusza ich nie usłyszała i nie chciała czasem wrócić na ten ziemski padół. Co raz zakończone, nie ma prawa się powtarzać i nie jest to zachowanie bezduszne, bo przecież ta dusza i tak wróci na ziemię, ale w innym wcieleniu. Porządek musi być zachowany.

                                   pan pilnuje, aby dokładnie się wszystko spaliło

Wokół dymi się niesamowicie i na dodatek trzeba pamiętać, że  tam zawsze jest ponad 30oC w powietrzu, więc ciężko wytrzymać dłuższy czas przy stosie, ale wynajęty do tego celu pan cierpliwie miesza drągiem w stosie, aby wszystko dokładnie się spaliło, a rodzina  również cierpliwie czeka w pobliżu.

                                       dymi się strasznie

Gdy stosy kremacyjne w końcu wygasną, członkowie rodziny zbierają resztki skruszałych kości i popiołu, wkładają to w opróżnioną z soku skorupę kokosu i puszczają na wody oceanu. Trzy dni trwa żałoba, a potem rodzina zmywa z siebie dokładnie resztki pyłu pozostałego po ceremoni śmierci na ciele, ubraniu, we włosach i dopiero wtedy obrzęd pochówku uważa się za ostatecznie zakończony, a rodzina może iść wreszcie do świątyni, aby się pomodlić.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Uroki balijskich miasteczek- Kuta


Kuta jest chyba trochę przereklamowana, jeśli chodzi o walory turystyczne. Owszem, ma świetne warunki do surfingu, ale jest trochę innych miejscowości nadmorskich o takich samych możliwościach. Ulice w Kucie zatłoczone, zasnute spalinami. Oczywiście nie mam pretensji do pana Roberta Koke, bo gdy on tutaj mieszkał w latach trzydziestych ubiegłego wieku, Kuta mogła wówczas być rajem na ziemi. Dzisiaj nie jest.

                                     ulice na rajskiej wyspie

Na dodatek przewodnik po Kucie podaje, że w dawnych czasach ta miejscowość była kolonią trędowatych i odbywały się tutaj targi niewolników! dzisiaj jest to komercyjne miasto, reklamowane jako raj turystyczny ze względu na ładne plaże, warunki surfingowe i ilość nowoczesnych sklepów, restauracji i kafejek. No tak, to musi być raj dla pewnej grupy turystów, co zresztą widać na każdym kroku chodząc po miasteczku. Turystów zatrzęsienie! Widocznie właśnie taki wypoczynek lubią. W tłumie.

                                                                  plaża w porze sjesty

Wczoraj pokazywali u nas w telewizji, jak kilometrowa kolejka ludzi stoi pod Kasprowym Wierchem i czeka na kolejkę linową, która ich zawiezie na szczyt. Jak długo się czeka, żeby wejść do kolejki linowej? pytał reporter. Ano 3 do 3,5 godziny. Warto tak długo czekać? dopytywał, warto! odpowiadali ludzie, żeby zobaczyć stamtąd piękne widoki, to warto stać. W niecałe 3 godziny można wejść tam pieszo - nie lepiej dla zdrowia byłoby samemu tam wejść, a nie marnować czasu w taki piękny, świąteczny dzień? nie mógł zrozumieć pytający (wczoraj było święto wniebowzięcia NMP, które jest dniem wolnym od pracy). Niee, padła odpowiedź. Tyle chodzić? no właśnie. Ludzie są z natury leniwi, wolą stać w spoconym tłumie przez trzy godziny, niż iść sobie spacerkiem wśród pięknej przyrody. Właśnie taki wypoczynek lubią. W tłumie. 

                                                            słodkie leniuchowanie

W Kucie przy plażach jest wiele kafejek i barów serwujących przeróżne drinki i soki owocowe, a między plażowiczami ciągle chodzą obnośni sprzedawcy, próbujący sprzedać im jakieś towary. Można również bezpośrednio na plaży poddać się masażowi ciała, dać sobie zapleść tysiąc cienkich warkoczyków (jak się ma odpowiedni zasób włosów na głowie) i skorzystać z wielu innych usług oferowanych przez tubylców. Jak dla mnie, to za mało spokoju i intymności na plaży w Kucie. I pomyśleć, że ten rolniczy i rzemieślniczy lud, krzywym okiem kiedyś patrzył na przybywających do ich miejscowości  turystów pionierów. Teraz, prawie każdy mieszkaniec miasteczka żyje z turystyki.

                                              takich gości można na plaży też spotkać

W miasteczku znajduje się mnóstwo eleganckich sklepów, butików, sklepów z artykułami sportowymi do żeglowania i surfingu i drink-barów, oraz (niestety) amerykańskich barów szybkiej obsługi.Ciekawy może jedynie być w Kucie nocny targ Pasar Senggol, ale nie zwiedziłam, bo nie zabawiłam zbyt długo w Kucie i wróciłam publicznym autobusem do Sanur. Kuta straciła sporo turystów po terrorystycznych zamachach bombowych w 2002r i 2005r i musi coś wymyślić, aby odzyskać zaufanie turystów, nie tylko zagranicznych.

                                                             kapela do pizzy i piwa

Obecnie dużo straciła ze swojego uroku nadmorskiego kurortu, ale plaże ma ciągle śliczne.

                                                               koguty w oczekiwaniu na walkę

Myślę, że będzie to dla mnie pamiętny dzień. 16 sierpień 2012r - czwartek. Do Empików i księgarń ma  dzisiaj trafić moja książka " Łza Na Oceanie. Sri Lanka". Wczoraj już Oliwia mnie zawiadomiła mailem, że w internecie moja książka już jest w sprzedaży, w księgarniach wysyłkowych Empiku, Merlina itp. Otworzyłam te strony i rzeczywiście tam była. No to dzisiaj powinna już być na półkach, ale sprawdzę to dopiero po południu, jak wyjdę z pracy. Marcin nic jeszcze nie wie, bo przemieszcza się po Francji i Włoszech. Ten mój syn to ma farta! zawsze, gdy wyjedzie do ciepłych krajów, to zawsze w Polsce pogoda się akurat załamuje, robi się zimno i mokro, a jak wraca - do Polski znowu wraca lato. A ja tutaj. Ale we wrześniu pojadę do Rzymu i też będę miała lato, podczas gdy w kraju jesień już będzie!

wtorek, 14 sierpnia 2012

Trzeba sobie radzić

myślami nadal w Indonezji

Z problemami dnia codziennego nie było tam łatwo sobie poradzić. W drogich hotelach, w których stacjonowały wycieczki z biur podróży, dostosowali warunki do standardów europejskich, ale gdy chciało  się żyć wśród zwykłych ludzi, w ich codziennych warunkach - nie było łatwo, ale było pięknie.

zespół gamelan odpoczywa
Któregoś dnia poszłam poszukać kafejki internetowej, żeby sprawdzić, czy mój syn Marcin kupił mi bilet z Singapuru do Colombo. Otóż z Indonezji miałam powrotny bilet lotniczy do Singapuru, ale musiałam z Singapuru polecieć znowu do Sri Lanki, ponieważ tylko stamtąd mogłam wrócić do Polski. W moim hoteliku w Sanur nie miałam dostępu do internetu, więc musiałam skorzystać z kafejki. Znalazłam Cafe Internet, ale była ona położona na wysokości I pietra. Nie wiem, czy właściciel domu wyrzucił tego kolesia z domu, czy co, bo nie można było wejść tam normalnie z korytarza, tylko po prowizorycznych, wąziutkich, kręconych, drewnianych stopniach, przy bocznej ścianie budynku, od zewnętrznej strony. Po drabinie raczej, należałoby powiedzieć. Kto to takie coś wymyślił? burzyłam się w sobie, ale weszłam, chociaż dopiero za drugim podejściem.

można kupić gotowy pokarm dla bożków
                               Na ścianie wisiała kartka, że 1.000 rupii za 15 minut biorą, więc nie było się już o co targować, tym bardziej, że w poprzednich dniach widziałam gdzieś w witrynie wywieszkę z 1.400 rupii za 15 minut. I wszystko byłoby w porządku, gdybym te 15 minut mogła wykorzystać na otworzenie i przeczytanie swojej poczty, ale niestety. Pierwsze 15 minut poczta się otwierała. Na tym strychu normalna kafejka była, można było kawę czy drinka wypić, tyle że wszędzie stały komputery. Komputery duże, stare i bardzo, bardzo wolne. Tragedia! mijała już połowa drugiego 15 minutowego okresu, a poczta ciągle się otwierała i nie mogła się otworzyć, a Balijczyk mówił, że nic na to nie może poradzić, bo tak tutaj internet działa. Byłam pewna, że w Beach Bali Hotel internet działa inaczej, ale nie chciałam tam chodzić i prosić o przysługę. Ale
w takiej sytuacji, 1000 rupii za 15 minut, od chwili usadowienia się przed komputerem, stawało się już droższą opcją.

każdy z tych ludzi caeka na pracę na rzecz turystów
W końcu poczta się otworzyła, a tam już cztery wiadomości w tej samej sprawie i prośba, żebym ten dowód wpłaty i bilet lotniczy sobie wydrukowała na drukarce i miała przy sobie na lotnisku w Singapurze. Poprosiłam właściciela kafejki, aby włączył drukarkę, żebym te dwa dokumenty mogła sobie wydrukować. Jeśli trzeba to zapłacę osobno za tą usługę, dodałam, widząc jego dziwną minę. Okazało się, że to   generalnie kłopot powstał. Koleś powiedział, że nic u niego wydrukować nie można, bo on po prostu nie ma drukarki. Nie dowierzałam! tyle komputerów i ani jednej drukarki? co to za biznes? ano, zarabia się na komputerach. Czym starszy i wolniejszy klamot, tym więcej zysku przynosi. Zapłaciłam 4.000 rupii indonezyjskich, a używałam komputer z 20 minut, pozostały czas, to otwieranie się poczty. Na szczęście to wszystko i tak bardzo tanie jest dla Europejczyków, bo za 1 dolar amerykański dostawaliśmy 10.000 rupii. Niepokój tylko niepotrzebny przez te tysiące, mogliby ze dwa zera wyrzucić i człowiek by się tak nie stresował ciągle. No, ale dla Indonezyjczyków tak działające komputery nie są tanie.

tutejsi zawsze w gromadzie i w zadumie, a turyści łaża
Wracając z tej niefortunnej kafejki internetowej, weszłam do klimatyzowanego biura informacji turystycznej i poprosiłam o wydrukowanie mi biletu lotniczego z komputera. Miłe młode dziewczyny zgodziły się, więc otworzyłam na komputerze stojącym na biurku, swoją pocztę i drukujemy, a tu nic się nie dzieje. Poprosiłam o pomoc, ale dziewczyny nie wiedziały, jak to wszystko działa. Może drukarkę macie nie podłączoną? zapytałam. Zaczęły szukać właściwych kabli. W końcu druga powiedziała, że trzeba bossa zawołać, bo tylko on się zna na sprzęcie. No właśnie! pomyślałam sobie. Niczego tu dziewczyn nie uczą. Mają siedzieć, gdy boss wychodzi sobie do kumpli albo na drinka, ale żeby coś potrafiły zrobić, obsłużyć klienta, to już nie. Skąd to przekonanie w tych macho, że kobieta musi być głupsza od niego? tak się boją konkurencji kobiet? z drugiej strony takie młode dziewczyny powinny starać się wykorzystywać okazje i same się uczyć obsługi sprzętu w biurze, a szczególnie gdy nie ma bossa, ale one niczego nie tykają, tylko są. Smutna sprawa.
w okolicy
W końcu przyszedł boss, który okazał się Anglikiem w starszym wieku i rzeczywiście był w knajpce obok. Anglik był bardzo miły, ale powiedział, że niestety drukarka is broken i o mało mnie zaraz krew nie zalała. Nic tu na wyspie nie działa, nikt się o nic nie stara, jak jest broken, to już dawno trzeba było naprawić! ale starałam się nie pokazywać po sobie irytacji, tylko zdobyć informacje, gdzie jeszcze mogłabym spróbować załatwić swoją sprawę. Anglik mówił, ok, ok, one moment i biegał po zakamarkach biura, czegoś szukając, w końcu nakazał mi usiąść na kanapie i sam gdzieś poleciał. Wrócił z inną drukarką po pachą! naprawdę się starał, ale z tą drugą też się nie udało. Podłączał ją po kolei do dwóch komputerów i drukarka nie działała. Już mi głupio się zrobiło, że tyle zachodu sobie ze mną robił i zaczęłam wycofywać się z prośby z zapewnieniem, że ok, nic się nie stało, siła wyższa. W końcu Anglik doradził, abym następnego dnia (bo tego już bardzo późno było) poszła do Bali Beach Hotel. Mają tam stanowisko linii lotniczej Garuda Indonesia (którą to linią przyleciałam do Indonezji i lecę z nimi do Singapuru) to oni z pewnością mój bilet lotniczy wydrukują. No pewnie, sama wiedziałam, że jak tam pójdę, to mi wydrukują.

na dziedzińcu wewnętrznym Beach Bali Hotel
Pożegnałam Anglika i gdy znalazłam się na Jelan Huang Thu, gdzie miałam swój hotel, zobaczyłam nagle napis "Copy, foto, internet"! Dlaczego ja tego wcześniej nie widziałam? ano dlatego, że za dnia nic tu nie widać, bo wszystko pozasłaniane jest reklamami, plakatami, różnym towarem, zupełnie tak samo, jak  kasa autobusowa u mojej gospodyni. A teraz ciemno już było, więc się wszystko podświetliło i napisy się pokazały. Weszłam i na swoją prośbę usłyszałam: no problem. Włączyłam swoją pocztę, pokazałam panu, co chcę wydrukować i pan dokonał reszty. Wręczył mi oba dokumenty, wylogowałam się, zapłaciłam jednego dolara i po sprawie. Jednak można i w Indonezji? Przy okazji dowiedziałam się, że w restauracji "Dunkin" można swój laptop bezpłatnie do internetu podłączyć. No to następnego dnia poszłam tam ze swoim laptopem na śniadanie, żeby wysłać listy do dzieci i przyjaciół.

sztuka na ulicy
Zazwyczaj jadałam na ulicy, przy warungach, więc nie wiedziałam, że w niektórych restauracjach jest bezpłatny dostęp do internetu, ale jak się rozmawia z tutejszymi ludźmi, to zawsze coś ciekawego się człowiek dowie. Któregoś dnia natrafiłam na bardzo dziwną szklaną, niebieską budowlę, o której nic nie było napisane w przewodniku po Bali, ani w żadnych folderach. Zagadałam tutejszych i wytłumaczyli mi, że jest to bardzo wytworna sala ślubów, w której bogaci ludzie biorą ślub i również tam urządzają ślubne przyjęcia. Ten Ślubny Pavilion, jak go tu nazywają, nosi oficjalną nazwę "Diamond Bali" i rzeczywiście cały wygląda, jak oszlifowany diament. Ta niezwykła szklana budowla, wtopiona w stalową konstrukcję stoi na Sanur Beach, zwrócona czołem w stronę morza, a wejściem w stronę  łąki, a może to jest ogród?
Zresztą sami zobaczcie.

Diamond Bali od frontu
No coś takiego! Wśród starych, typowo azjatyckich budowli, taki raptem obiekt sobie stoi. Robi wrażenie. Ale co to ludzie nie wymyślą, aby biznes się kręcił. Gdy oglądałam w internecie niektóre wstawki z Bali, dokonywane przez różnych turystów, to mało z miast i wsi zdjęć widziałam, nawet mało świątyń i innych atrakcji na wyspie. Najczęściej było tam mnóstwo zdjęć różnego jedzenia na talerzach w restauracjach i w pokojach hotelowych oraz same pokoje hotelowe, ich urządzenie, sposób ścielenia łóżek, ozdabianie łóżek i łazienek różnymi figurkami, owocami, kwiatami. Stąd wiem, że pokoje hotelowe są na Bali po prostu pyszne!

i z drugiej strony
Ale prawdziwe życie w Indonezji jest inne. Jeżeli te przepyszne hotele sprawdziłoby się w internecie, czyją one są własnością, to często okazało by się, że należą do ludzi nie tak dawno będących u władzy, do Suharto, jego rodziny i przyjaciół. Czyli do kliki, jak by się to u nas nazywało. A za jego władzy tak ogromna korupcja tam była, że zwyklych Indonezyjczyków trwale pogrążyła  w skrajnej biedzie. Do tego jeszcze te akty terrorystyczne i szaleństwa przyrody. Bogaci, którzy ich łupili bez litości, są bezpieczni i ich majątki się pomnażają. Niestety, również dzięki turystom korzystającym z ich hoteli, restauracji czy taksówek. Dlatego ja osobiście zawsze będę korzystać ze skromnych hotelików, warungów i bemo. Wtedy jestem pewna, że zarabiają zwykli ludzie, którzy mają niepewną przyszłość w tym kraju, a na pomoc państwa nie mogą liczyć. Targować się muszę, gdy mnie prześwietlają i próbują wysondować na ile mnie stać, ale w końcu trzeba właśnie takim ludziom dać zarobić na życie. Być może teraz z korupcją jest tam trochę lepiej, ale ludzie jeszcze długo z biedy nie wyjdą.

sprzedaż napojów przy promenadzie nadmorskiej
W 1999 roku odbyły się w Indonezji pierwsze demokratyczne wybory. Wtedy właśnie pozbyto się Suharto i wybrano nowego prezydenta Wahida, który przejął państwo w opłakanym stanie. Może do tego czasu znowu się tam coś zmieniło w obsadzie rządu, ale nie śledzę na bieżąco polityki. Turyści, jak już jadą do Indonezji, to głównie na Bali i to właśnie do tych zamkniętych, eleganckich hoteli. Niestety. Takich wolnych strzelców jak ja,  bacpackersów, plącze się po Indonezji mało. Myślę o tym, aby jeszcze raz tam jechać, bo to ogromny kraj i wiele ciekawych i pięknych miejsc nie zdążyłam zobaczyć. Prześlizgnęłam się tylko po małej cząstce tego kraju, a chciałabym więcej doznać i dłużej pobyć między tamtymi ludźmi.

Balijskie maski - można się wystraszyć!
Pomysł wyjazdu do Ameryki Środkowej (Meksyk, Gwatemala, Honduras, Panama), o którym ostatnio myślę intensywnie i zbieram materiały na temat możliwości samotnego przemieszczania się po tamtych, pięknych i historycznych przecież miejscach, zaczyna mnie trochę niepokoić. Marcin wprost mi odradza tą podróż, szczególnie Meksyk (Jukatan), a i Gwatemala nie jest bardziej bezpieczna. Wogóle, jakby wszystko sprzysięgło się przeciw moim planom. Same okropne wiadomości dochodzą z tamtych państw, a film o tym, w jaki sposób giną kobiety w Meksyku, wprost mnie poraził. Nie wiem, czy zrealizuję swój pierwotny plan, czy uznam, że lepiej wykorzystać ten czas na ponowną podróż do Azji, szczególnie do państw, w których jeszcze nie byłam - Laos, Kambodża, Wietnam, a potem mogę sobie wytyczyć szlak sentymentalny. Tajlandia, Singapur, Indonezja, odwiedzić znane miejsca, gdzie się bardzo dobrze czułam, a następnie  uzupełnić braki w zwiedzaniu pominiętych miast i miasteczek. Sama jeszcze nie wiem co zrobić. 

mali Indonezyjczycy wracają ze szkoły
W każdym razie jednego jestem pewna: podróż i pobyt w różnych miejscach na świecie ma być dla mnie przyjemnością, a nie udręką. Mam się cieszyć z odkrywania nieznanego mi dotychczas świata, a nie ciągle się czegoś bać. Mam wrócić i cieszyć się pamiątkami, wspominać  piękne przeżycia, a nie zginąć w brutalny sposób z rąk jakiś oprawców, którzy są już tak zdeterminowani, że życie ludzkie nie ma dla nich żadnego znaczenia. Taaak. Muszę to wszystko jeszcze raz przemyśleć.






poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Uroki balijskich miasteczek - Ubud

wspomnień z Bali ciąg dalszy.

W rześki i słoneczny poranek, jakie najczęściej bywają na Bali, wyszłam na ulicę przed hotel, z kubkiem kawy w ręku i prawie natychmiast podjechał public bus do Ubud, więc wsiadłam do niego. Każdy dzień jest dobry na odwiedzenie Ubud, artystycznej stolicy Bali, jak nazywają to miasto.

                                    ukwiecone wejście do świątyni w Ubud

Za bilet zapłaciłam jedynie 80.000 rupii, a nie jak żądał któregoś dnia taksówkarz - 300.000 rupii. Zaraz też kupiłam sobie comebeck tickiet na godzinę 18.00, uznając, że tyle godzin w zupełności wystarczy mi na zwiedzenie tego niewielkiego miasteczka, a leżenie na plaży i zażywanie morskiej kąpieli mogę uskuteczniać do woli tutaj u siebie, czyli w Sanur.
Ubud nie rzuciło mnie na kolana, jak można się było spodziewać czytając o tym mieście artystów w folderach i przewodnikach. Myślę, że to wina zurbanizowania wszystkich miejscowości, również tych zabytkowych. Nie mają tutaj miejsc wyłączonych z ruchu pojazdów, nie chronią zabytków przed spalinami. Jednak perełki w Ubud znalazłam, naprawdę są tam śliczne, urokliwe miejsca, jeśli się trochę pochodzi na chybił-trafił.

                                    ruch na ulicy w Ubud - zupełna dowolność w ruchu

Generalnie w Ubud są do obejrzenia tylko stare świątynie oraz wystawy malarstwa i rzeźby. Ponieważ w moim laptopie nie otwierały się już od kilku dni karty pamięci z aparatu fotograficznego, wzięłam z sobą płytki CD i próbowałam po drodze znaleźć jakiś zakład fotograficzny, albo co, żeby mi na te płytki przegrali zdjęcia z kart pamięci, co pozwoli mi robić następne zdjęcia. Zaraz na wstępie pomógł mi młody chopak i skierował do Centrum Muzycznego, gdzie rzeczywiście wykonali mi tą usługę za jedyne 15.000 rupii. Teraz dopiero mogłam iść w miasto. Ale miasto zatkało się. Zaraz przy najbliższym skrzyżowaniu zabytkowych uliczek wszystko stanęło, samochody, motory, skutery i piesi. Każdy stał i nie mógł ani póść do przodu, ani pojechać dalej, ani się cofnąć. O dziwo, nikt się nie wydzierał, ani nie używał klaksonu, jak w innych azjatyckich miastach to robią, nawet nie mając żadnego powodu. Wszyscy na jezdni i na chodniku stali w milczeniu i czekali. W końcu przyjechała policja i zaczęłą rozładowywać ten dziwny korek. Ruszyliśmy dalej.

                                   a w zaciszu- pracownia artystyczna

Już teraz niektórzy ludzie zakładają maski na twarz, a samochodów i skuterów ciągle przybywa. W samym Ubud, takim ciasnym, zabytkowym miasteczku, a co krok natykałam się na salon Toyoty, Suzuki, Yamahy i Hondy. Całą Azję ta Japonia opanowała. Obawiam się, że teraz jeszcze więcej i jeszcze taniej sprzedają tam skażone samochody i skutery, jakie im zostały po trzęsieniu ziemi, tsunami i katastrofie w elektrowni atomowej Fukushima, która miała miejsce 11 marca 2011r. Bardzo dużo już wykończonych produktów, przygotowanych do eksportu, znalazło się w skażonej radioaktywnie strefie i coś z tym trzeba było zrobić, żeby zmniejszyć i tak już ogromne straty mocarstwa motoryzacyjnego. W Europie obowiązują sztywne normy, które nie przepuściłyby takiego skażonego towaru. Z pewnością poszło to wszystko do Azji. Azjaci wszystko kupią, aby tylko było tanie, bo tam żadne normy nie obowiązują, a każdy chce mieć skutera chociażby, no i obowiązkowo komórkę.

                               te wesołe chłopaki na tronie posadzą bożka i wyniosą go

Skupisko artystów- rzeźbiarzy i malarzy jest w Ubud rzeczywiście duże. Artyści tutejsi, jak również z Europy, Ameryki, Australii, którzy osiedlili się tu na stałe lub po prostu zatrzymali się tu na jakiś czas w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, wystawiają swoje prace wprost na placach, ulicach, w parkach no i oczywiście w galeriach specjalnie do tego przeznaczonych.

                                 galeria obrazów w przewiewnym miejscu

Muzeum Sztuki Neka, nazwę swoją wzięło od nazwiska indonezyjskiego konesera sztuki Suteji Neka i warto tam wejść, aby zapoznać się z poszczególnymi okresami w malarstwie balijskim. Na to muzeum składa się kilka stylowych budynków, rozmieszczonych w pięknym ogrodzie. Człowiek czuje się bardzo swobodnie w takim muzeum, gdzie nie obowiązują kapcie na buty, ani zachowanie bezwzględnej ciszy.

                                              obraz w stylu wayang (lalkowy)

Idąc ulicami Ubud napotyka się na całe rzędy galerii artystycznych, w których od ręki można kupić każdy obraz z wystawy. Jest tutaj też wiele sklepów z artykułami niezbędnymi artystom do pracy - płótnami, farbami, pędzlami, dłutami itd, itp. Zanim Ubud pogrążyło się w hałasie silników motorowych i w oparach spalin, naprawdę mogło być uroczym, artystycznym miasteczkiem.

                                                 Balijka na sprzedaż (obraz oczywiście)

Czarno-białe zdjęcia na Bali z lat 30 i 40 XXw, są głównie dziełem Amerykanina Roberta Koke. Cała ekspozycja poświęcona jest jego fotografii. Robert Koke wraz ze swoją żoną Louise mieszkali na Bali w latach 1936-1941. Artysta fotografik pochodził z Kaliforni i tam, w dziale efektów specjalnych, w wytwórni filmowej Metro-Goldwyn-Mayer, gdzie pracował - nauczył się techniki fotografii czarno-białej. Jako ciekawostkę mogę dodać, że Robert Koke był pierwszym, który dostrzegł i docenił piękno i nośność fal  Oceanu Indyjskiego i zastosował po raz pierwszy deskę surfingową na Bali oraz wybudował pierwszy hotel w Kuta Beach, które teraz jest elegancką miejscowością turystyczną. Walory turystyczne  Kuta, osłabił niestety zamach terrorystyczny, dokonany w październiku 2002r  przez islamskich terrorystów, w którym zginęli młodzi Balijczycy i wiele turystów. Ale Kuta się otrząsnęła i czeka na turystów z wiarą, że taka tragedia się więcej nie powtórzy. Ta hindusko-buddyjska wyspa z pewnością z powodu dokonanego aktu przemocy przez wyznawców islamu, nie zmieni swojej wiary, pielęgnowanej od stuleci.

                                          tańcząca Balijka

Prezentowane prace są przeważnie autorstwa indonezyjskich artystów, ale zdarzają się też dzieła artystów cudzoziemskich, a wśród nich rzeźby z drewna i metalu. Nie trzeba ukrywać, że obrazy i rzeźby z Ubud są bardzo drogie, ale w końcu nie są to ludowe pamiątki turystyczne, lecz dzieła artystyczne, więc nie dla każdego muszą być dostępne.

                                                   ten obraz też jest na sprzedaż

Poza tym w Ubud jest jeszcze Bamboo Gallery, która na zapleczu ma piekny ogród, a w samej galerii oprócz obrazów można kupić rękodzieła balijskich krawcowych, Galeria Sztuk Pieknych z kolei, skupia młodych artystów ze śmiałym i nowoczesnym spojrzeniem na sztukę. Przy Jalan Sriwedari znajduje się nawet Galeria Sztuki Kobiecej Seniwati, założona w 1991r. Prezentuje ona i sprzedaje dzieła artystyczne wykonane jedynie przez kobiety. Kobiety z całej Indonezji, chociaż nie tylko rodowite Indonezyjki, ale też cudzoziemki, które na stałe zamieszkały w tym kraju. Inicjatywa godna uznania. Panie wystawiają swoje prace również poza granicami kraju (Singapur, Hongkong i niektóre kraje Europy) i sprzedają je. Mając na uwadze podejście do kobiet, do pracy kobiet w krajach azjatyckich, jest to duży sukces kobiet. Indonezyjki udowodniły, że wykorzystując swoje zdolności intelektualne, manualne i artystyczne, same potrafią zarabiać pieniądze i odnosić własne sukcesy twórcze, a nie są jedynie  predestynowane do zajmowania się handlem, gotowaniem posiłków, uprawą ryżu i zbieraniem herbaty z pól uprawnych.

                                 szkoła tańca tradycyjnego

Szkoły tańca mają na celu zachowanie w pamięci i propagowanie tańców tradycyjnych, specyficznych dla tego regionu świata. Sztuki sceniczne powiązane z tańcem często odnoszą się do religii, środowiska przyrodniczego i tradycji Balijczyków. Szkoły uczą tych tańców już małe dzieci, ucząc ich przy okazji historii własnego kraju. Często uczniowie występują publicznie ze swoją sztuką sceniczną, szczególnie znane są koncerty gamelanów. Muzyka i taniec są bardzo popularne na Bali, chociażby z tego względu, że odbywa się tu bardzo dużo świąt i różnych uroczystości, które bez muzyki i tańca by się nie obeszły.

                                   dbałość o stronę duchową

Gamelan to jest po prostu zespół muzyczny, w którym uczestniczą instrumenty perkusyjne. Nazwę swą zapożyczył z jawajskiego: gamel - młotek, właśnie od tego walenia w bębny. Ale w zespole używa się również innych instrumentów, jak np. ręczne talerze, czy gongi. Gamelany biorą udział w różnych uroczystościach państwowych, sztukach teatralnych, jak również rytuałach religijnych. Każde miasto i niemal każda wieś ma swój gamelan.

                                  dziewczynki prezentują mi gong

Małe Balijki uczyły mnie, w jaki sposób mam postępować z gongiem, aby usłyszeć, jak gra. Najpierw musiałam potrzeć ręką to wielkie oko gongu, które aż błyszczało od ciągłego pocierania go przez ludzi. Potem wystarczyło przyłożyć ucho do żelaznego gongu, aby usłyszeć jego szmery, zduszoną, tajemniczą muzykę.

                                     Balijskie latawce
c.d.n.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Modły i dary

wspomnień o Bali ciąg dalszy.

Wracając spacerkiem z promenady nadmorskiej, zobaczyłam człowieka niosącego koszyczek z jedzeniem i kwiatami orchidei. Szedł z gracją w stronę morza, nisąc przed sobą koszyczek w obu dłoniach. Bez zatrzymywania się wszedł do wody i dalej szedł. Co on robi? zaniepokoiłam się, samobójca jakiś, czy co? ale w porę się zatrzymał. Postawił koszyczek i kwiaty na wodzie, na morskiej fali. Złożył dłonie, jak do modlitwy i kłaniał się morzu na wprost i na boki. A z koszyczka wszystko wypadło do wody.

Balijczyk wraca ze swoim koszyczkiem
Fale znosiły kwiaty na piasek, a człowiek kiwał się bez przerwy i wznosił modły ku całej przestrzeni morskiej, po czym zebrał z powierzchni wody, co tam jeszcze zostało, włożył do koszyczka i wrócił na brzeg. Taka to jest Indonezja. Pan był pracownikiem firmy Suzuki, taką bynajmiej firmową kurteczkę miał.
Każdego dnia mogłam oglądać różne formy obdarowywania bóstw przez Indonezyjczyków.

dary dla dobrego bożka
Generalnie Indonezyjczycy obdarowują wszystkich  bożków, i dobrych i złych, o czym już wspominałam. Gdy stawiają dary wysoko, znaczy że są one przeznaczone dla bogów dobrych (bóstwa), którym chcą się przypodobać lub podziękować za coś, lub o coś prosić. Gdy dary stawiane są na ziemi, są one przeznaczone dla złych bogów (demony), żeby mieć z ich strony spokój, żeby ze swoim złem nie upatrzyli sobie akurat jego i jego rodziny.

dary składane na ziemi demonom zła
Ilość  figurek stawianych bożkom jest ogromna. Stoją one na dziedzińcach świątyń, przed świątyniami, przed domami, na podwórkach, na ulicach, są po prostu wszędzie. Takie figurki nie są trwałe, ponieważ zazwyczaj wykonane są ze sprasowanego popiołu wulkanicznego i gliny, dlatego też co pewien czas wymienia się takie figurki, które bez kłopotu można zakupić bezpośrednio z warsztatu twórcy.

prośby wnoszone do bogów
Dla Balijczyków, wszystko co jest wysoko, to jest dobre, święte, boskie, bo bliżej nieba, a wszystko co znajduje się nisko, jest złe, demoniczne, bo bliżej ziemi pełnej zła i robactwa. Wulkany otaczają czcią, ponieważ wznoszą się one wysoko, ku niebu. Budowle świątynne mają dachy strzeliste, stożkowate kształty gór, bo tylko w takich wysokich wieżach mogą zamieszkać dobre bóstwa.

dobry bożek w ogródku
Najbardziej czczony wulkan na Bali, to Gunung Agung pomimo, że sprowadził na nich tragedię. Gdy wybuchł w 1963r, zginęło ponad tysiąc ludzi, a niektóre wioski zniknęły wogóle z powierzchni ziemi, rozpadły się w pył. Ale Balijczycy nie stracili wiary w swoje bóstwo. Otóż mają oni takie święto Eka Dasa Rudra, które odbywa się raz na sto lat i właśnie przygotowywali się do obchodzenia tej uroczystości, gdy nagle krater otworzył się, wyrzucił wiązkę ognia, góra zagrzmiała groźnie, po czym uspokoiła się i wszystko wróciło do normy. Ludzie nadal przygotowywali uroczystość, z jeszcze większą radością, ponieważ kapłani orzekli, że bóg Gunung Agung istnieje i czuwa nad nimi, właśnie dał im znak, że jest tutaj w pobliżu. A niedługo potem wybuchł i posiał zniszczenie. I co? ludzie przestali w niego wierzyć? wręcz odwrotnie! Gunung Agung ukarał ich za to, że obrazili bogów, że za wcześnie wzięli się za przygotowywanie uroczystości, że byli tacy niecierpliwi. Nie trzeba nic robić przeciwko bogom, przeciwko tradycji, to bogowie nie będą karać ludzi. Ot i tłumaczenie. Co by się nie stało, ludzie zawsze wytłumaczą to sobie według własnego uznania i własnych potrzeb.

bodyguardzi świątyni
XXI wiek, masowo używana elektronika, komputeryzacja, telefonizacja,  motoryzacja i codzienne dary z jedzenia, kwiatów i figurek z liści palmowych, ustawiane przy bożkach i na ziemi. Czy to nie dziwne zestawienie? Dla Azjatów to normalna sprawa. Nic dziwnego.

bożek w parku
Oni mają nawet takie dni, nazywające się tumpek, w którzch czczą przedmioty. Jednego dnia na przykład wszystkie metalowe przedmioty, innego dnia samochody, rowery, motocykle, jeszcze innego komputery.
I naprawdę robią to z całą powagą.
dobry bożek z darami na ramionach
Rozumiem jeszcze tumpek drzew palmowych, sadów, ptaków, bo to czczenie przyrody jest, ale już tumpek instrumentów muzycznych, książek, jest dla mnie bardzo dziwny. Chyba, że jest to rodzaj poświęcenia pewnych rzeczy, aby dobrze służyły, tak jak robią to na przykład nasi posłowie - ksiądz przychodzi i święci ich salę sejmową, nowe biuro poselskie, czy święcenie pomników mniej lub bardziej zasłużonych za życia idoli, czy też święcenie remizy strażackiej itd, itp. To wszystko z kolei dla Balijczyków mogłoby się dziwne wydawać, gdyby do nas przyjechali i zobaczyli, do czego u nas księdza się wzywa, aby poświęcił.

wejście na teren świątyni
Tak to już z wierzeniami bywa. Z niewiedzą się rodzimy i w niewiedzy umieramy. Nie rozumiemy co się wokół nas dzieje, więc w coś musimy wierzyć i zabezpieczać się na wszelki wypadek - panu bogu świeczkę i diabłu ogarek. Też mamy dobrego boga i złego. Każda wiara to ma.

dary na górze dla dobrych bożków
Tylko u nas naród nie kieruje się już zasadami moralnymi i widzi, że nic złego im się z tego powodu nie dzieje, czyli można. Za złodziejstwo i bandyctwo też ich nic złego nie spotyka, ani od Boga, ani od wymiaru sprawiedliwości - czyli też można. Więc te wszystkie rytuały ze święceniem koszyczka wielkanocnego oraz wszystkiego innego oraz te wszystkie pielgrzymki, ceremonie kościelne, to tradycja jedynie, nieszkodliwy zwyczaj pradawny i tyle. Nie pomoże, nie zaszkodzi, a ludzie rozrywkę jakąś mają.

wąż w konarze
Bo przecież bogowie sprawiedliwi są i wszystko widzą ze swojego tronu boskiego, nie tolerowaliby złodziei, oszustów i bandytów i  nie dopuszczali by takich do władzy, aby degeneraci decydowali o losach pozostałych ludzi, wśród których znajduje się wiele wartościowych jednostek. Nie sięgając za daleko wstecz, wystarczy zapytać o przyzwolenie bogów na czyny oprawców w II wojnie światowej, w wojnie w Wietnamie, brutalność Japończyków, Rosjan, wojny domowe w krajach azjatyckich i afrykańskich, traktowanie kobiet i dzieci w krajach arabskich, bezwzględność islamistów i barbarzyństwo Meksykanów i innych w krajach Ameryki Środkowej. Skoro tyle zła i okrucieństwa dzieje się w tak wielu krajach na świecie, to coś w tej wierze wadliwego jest. I nad tym powinni zastanowić się ludzie XXI wieku.

Liczenie po indonezyjsku


Gdy poszłam do właściciela hotelu w Jakarcie przedłużyć swój pobyt, stwierdziłam, że mają  oni swój, nieco specyficzny sposób liczenia dób hotelowych. Np. wchodzę do hotelu 26 sierpnia i chcę wynająć pokój na 4 doby. Doba zaczyna się o godz.12.oo w południe i trwa do następnego dnia, do 12.00 w południe? tu się zgadzamy. No to płacę za cztery doby i właściciel hotelu liczy: 26, 27, 28 i 29 sierpnia - 4 doby, czyli 29 sierpnia zwalniam pokój. Jak to? dziwię się. Według moich wyliczeń mam pokój do 30 sierpnia i przed godziną 12.00 w dniu 30 sierpnia powinnam zwolnić pokój. Jak to? dziwi się właściciel hotelu. No tak to.

                                             sjesta

Wzięłam z jego biurka kartkę i długopis i piszę: 26 od godz.12.oo w południe do 27 do godz.12.oo w południe, to jedna doba, tak? z 27 na 28 - druga, z 28 na 29 - trzecia i z 29 na 30 czwarta doba, zgadza się. Czyli 30 sierpnia do godziny 12.oo muszę zwolnić pokój. Wtedy dopiero mijają cztery doby. Właściciel zaskoczony. Znowu liczy i mu na 29 sierpnia wychodzi. Ok, mówię. Zróbmy to inaczej. Policzmy how many night I,m sliping in room, ok? i znowu liczę i rysuję na kartce i znów wychodzi, że czwartą nocą do wyspania się w jego pokoju jest noc z 29 na 30 sierpnia. Właściciel jeszcze bardziej zdziwiony. No nie! myślę sobie, jak mu to można prościej wytłumaczyć? każdy tu o jedną noc śpi krócej, niż zapłacił? niezły interes. W końcu właściciel uśmiecha się do mnie. Oddycham z ulgą, wreszcie pojął. Upewniam się: no to 30 sierpnia out from room, ok? ok, odpowiada, ale ja już nie jestem taka ufna, jak na początku. Daj mi kwit, mówię, bo gdy inna person będzie tego dnia w recepcji, to każe mi dopłacić, skoro wszyscy tak tutaj liczycie doby. Napisał na żółtym papierku, room 8 out 30.08.przybił pieczątkę i tyle. Lakonicznie, ale dobre i to.

                                           mój pokój

Ale od tej pory już się pilnowałam i w każdym hotelu dokładnie liczyłam doby i prosiłam o jakikolwiek kwit.
Trzeba się pilnować. Jak widzą, że przykłada się wagę do dat i pieniędzy, upewnia się co do dnia i godziny zwolnienia pokoju, to sami również poważniej podchodzą do klienta i nie szachrają tak. W homestay było wszystko ok. Cały czas zastanawiałam się, jak tu znaleźć dworzec autobusowy, ponieważ do Ubud chciałam jechać, do Kuty i do innych jeszcze miejscowości, ale jak tam autobusy jeżdżą, mogłam tylko na dworcu autobusowym się dowiedzieć. Noclegi zapłaciłam już do końca pobytu i z tej bazy noclegowej miałam zamiar korzystać przy dalszym zwiedzaniu wyspy.  Tutaj już wszystko, co ciekawe zobaczyłam, w morzu się napławiłam, różne uroczystości pooglądałam i czas wyruszyć w interior, ale od kilku dni dworca autobusowego znaleźć nie mogę.Poszłam więc na drugą stronę ulicy, do Ina The Hotel Bali, ponieważ w jednym z folderów doczytałam się, że tam jest przystanek autobusu, którym można objechać kawałek wyspy. Na tablicy przed hotelem była pokazana trasa autobusu z przystankami: Hotel Hayat, Grand Hotel Bali, Monument Periungan Rakyat Bali, Pasar Bandung, Museum Bali, Pasar Burung Satria, Taman Budaya i znowu Grand Hotel Bali.

                                    łodzie rybackie
Trasa ciekawa, chciałam kupić bilet na ten autobus, który nazywał się Parawisata. Przed hotelem, przy tej tablicy czekała już grupka ludzi, więc postanowiłam popytać. Otóż rozczarowałam się, bowiem okazało się, że to są te autobusy, które już widziałam przy lotnisku. Są one bezpłatne, bo tylko dla gości tych, a nie innych hoteli i taki wolny strzelec, jak ja, nie może takim autobusem jechać. Spojrzałam na swój folder i zobaczyłam, że oprócz rozkładu jazdy Rute Schuttle Bus Tour Kota Denpasar, czyli tego hotelowego Parawisata, są też podane godziny jazdy autobusu pod nazwą Public Transport Chart. Noo! taki public transport, to w sam raz dla mnie, ja należę z pewnością do turystów korzystających z public transport. Pytam więc, czy tutaj również podjeżdżają te autobusy? i pokazuję folder panu w recepcji Grand Hotel.
                                                 zagladałam w takie urokliwe podwórka

Pan mi na to, że nie ma takiego autobusu. No to może spod innego hotelu jeździ ten public bus? ja na to, nie, nie, ani z Grand Hotel, ani z żadnego innego, pan mi na to, taxi and bemo you give! radzi życzliwie. Jak to? dziwię się, przecież jest napisane, upieram się. Pan na to, że no aktual, taxi and bemo only. Trochę mnie to zdenerwowało. Przecież nie pisali by w folderze, że jest coś, czego nie ma. Chociaż? pamiętam, jak szukałam z mapką w ręku monument tsunami. Był na mapie, był na tablicach informacyjnych na ulicach i przy szosach dojazdowych z różnych stron miasta, a samego monumentu nie było. Dopiero jeden policjant wytłumaczył mi, że jest dopiero projekt tego monumentu u miejskiego architekta na biurku i może w przyszłym roku będzie stał tam, gdzie pokazuje mapa. W tej Azji różnie bywa i niczego nie należy być pewnym. Nie, to nie. Poszłam sobie zwiedzać inne atrakcje.

                                    informacja turystyczna

W informacji turystycznej kupiłam bilet na następny dzień na statek, aby pojechać na wyspę Lembongan i przy okazji dopytywałam o dworzec dla public bus, ale każdy kierował mnie pod ten właśnie Grand Hotel Bali, który stał naprzeciw mojego hotelu. Czarna rozpacz. Uparłam się na ten public bus, ponieważ jego trasa odzwierciedlała dokładnie to, o co mi chodziło: Sanur-Tegal Terminal-Kuta Area-Ngurah Rai Aiport!!! i to było to! tym właśnie autobusem mogłam dojechać na samo lotnisko, gdy będę wylatywała z Bali. Mogłam nim jechać do Kuty, potem na lotnisko, żeby w dniu wyjazdu z wyspy, kiedy liczy się każda minuta, mieć już wszystko opanowane i nie błądzić. Skąd do diabła jeździ ten autobus!

                               przed moim hotelem - widok z wewnątrz

Chodząc po ulicach, ciągle jest się zaczepianym przez kierowców taxi i bemo. Bemo to są takie nieduże samochody, ni to otwarte autobusy, ni to furgonetki z dwoma ławkami po bokach. Może są i tanie, ale dopiero wtedy, gdy zbiorą komplet pasażerów. Jeżeli chce się jechać już, to policzą za wolne miejsca tym, którzy jadą i wtedy nie wychodzi tanio. Można, albo przepłacić, albo czekać cierpliwie, aż zbierze się komplet ludzi, chcących jechać w tym samym kierunku. Taxi natomiast zedrą z człowieka ostatnią rupię! Gdy pytałam z ciekawości taksówkarza, ile wziąłby za kurs na lotnisko, odpowiedział, że 300.000 rupii!  Chory człowiek, pomyślałam. Gdy się targowałam, twierdząc, że nie jestem idiot turist i znam ceny na Bali, to łaskawie schodził do 150.000 rupii. Gdy o to samo pytałam kierowcę bemo, to kręcił. A where? today? a ile person?a spod którego hotelu? a rano, czy wieczorem? Człowieku, denerwowałam się, nie umiesz na proste pytanie odpowiedzieć? how much for air port bemo? to ty mnie zasypujesz pytaniami? zaczepiasz mnie ciągle, chcesz żebym z tobą jechała, a gdy pytam o cenę, to nie odpowiadasz? co to za różnica, którego dnia chcę jechać? na każdy dzień inne price masz? W końcu deklarował, że za 90.000 rupii mnie zawiezie, jak będzie komplet, a po długich targach zszedł na 80.000 i ani rupii mniej. Tak to tutaj wyglądało.

                                                                       bemo

Wróciłam do siebie i już z daleka widzę przed wejściem do mojego homestay sporą grupę ludzi, a na chodniku kupę walizek,  plecaków, desek surfingowych i innych tobołów. Na co ci ludzie czekają? pytam swojej gospodyni siedzącej w swoim ciasnym kantorku zawalonym rupieciami, w tej wielousługowej hotelo-sklepo-laundro-info-kasie od wszystkiego. Na bus on aiport, odpowiada radośnie (chyba z powodu, że biznes się kręci?), comeback go home, dodaje. On air port? dziwię się niepomiernie i upewniam się: wspólnie bemo zamówili? No, na to moja gospodyni, They go public transport bus for air port. Tutaj? nie mogę wyjść ze zdumienia. Bus public transport stąd jeździ? near? no, normalnie mowę mi odjęło! mieszkam tu już tak długo i nie wiem tego? po całym mieście public transport szukam codziennie?

                                        w parku

Gospodyni nie tracąc dobrego samopoczucia, poufale, bo zna już mnie przecież, odchyliła ręką te wiszące wszystkie szmaty na sprzedaż i pokazała mi ogromny plakat ze zdjęciem autobusu i rozkładem jazdy public transport bus, po czym dodała, ze ticket również u niej się kupuje, wszystko tu na miejscu się kupuje i jedzie, nie trzeba nigdzie bagaży dźwigać, chwaliła swoją wielozadaniową działalność i troskę o klienta. No chyba przewrócę się z wrażenia na bruk! Wszystko tu na miejscu załatwię? a how much ticket for airport? zapytałam i dowiedziałam się, że 25.000 rupii! no proszę! a mówiłam, że musi być na tej wyspie jakiś publiczny autobus na lotnisko, za normalne pieniądze! i jest! próbowałam zatuszować swoją głupotę, żeby moje było na wierzchu, ale naprawdę ucieszyłam się, że tutaj właśnie zatrzymałam się na cały czas pobytu na Bali. Problem powrotu był załatwiony, więc zainteresowałam się możliwością wykorzystania pozostałego mi jeszcze czasu i przemieszczania się po wyspie. Do Ubud i Kuta również ze swojego hotelu mogłam jechać. Niesłychane! zaraz mi się humor poprawił, poszłam na piwo i zaplanowałam sobie najbliższe dni.

                                    boczne uliczki Sanur